wtorek, 11 lutego 2014

Era nieunijnych serów

Gruzja jest piękna, przyjazna, niepowtarzalna i … bardzo brudna. Ekologia nawet nie raczkuje. Ona po prostu leży. Miasta, pobocza dróg, rzeki, lasy pełne śmieci. Stare pralki i lodówki zamiast na skupach metali, lądują na dzikich, leśnych wysypiskach. W każdym miejscu kilogramy puszek i butelek. Aż kusi, aby wpaść do szkoły i zainicjować Dzień Ziemi, albo samemu zabrać się za zbieranie.
W sklepach złota era siatek foliowych. Nawet jedną pocztówkę pakują w woreczek…

Ale za to na targowiskach ciągle pachnie świeżymi warzywami, jak u nas ze trzydzieści lat temu. Wszystko swojskie, świeże, prosto z krzaka. Pietruszka ciągle ma zapach pietruszki, a jabłka przywodzą na myśl dzieciństwo na wsi. Pomidory, ogórki czy marchew nie mają zapewne unijnych wymiarów, ale za to ich smaku nie można przyrównać do tych kupowanych w biedronkowo-lidlowych marketach. Do tego swojskie sery, wędliny i wiejskie masełko na kilogramy… Niebo w gębie! Zdaję sobie sprawę, że Sanepid zamknąłby wszystkie stragany na raz, ale standard naszych wyjazdów uodpornił całą rodzinkę na wszelkie dolegliwości żołądkowe... 








poniedziałek, 10 lutego 2014

Był sobie but...

Czekając na otwarcie drogi z Kazbegi, „zyskujemy” jeden dzień i wybieramy się na pieszą wędrówkę do oddalonej o 8 km wioski Sno. Wiemy o niej tylko tyle, że jest pięknie położona, w niewielkiej dolinie nad rzeką. W istocie, już po drodze widoki zapierają dech. Pogoda się poprawiła i tego dnia, od rana mamy słońce, ale temperatura nie zachęca do spaceru.
Idziemy główną drogą wylotową ze Stepanstsmida. Otaczają nas wspaniałe szczyty pokryte śniegiem. Dwie godziny marszu. Na drodze żywego ducha. Żadnych knajpek, sklepów. Nic. Bajkowa kraina pani Zimy… Piękna, dostojna i nieprzystępna zarazem.





Na drodze przed wioską Sno widzimy wielkie kamienne głowy. Dziwnie wyglądają wśród majestatycznych szczytów. Jakby nad czymś dumały. Nie ma żywej duszy, aby spytać, kogo przedstawiają? Z daleka majaczy wieża dawnej twierdzy i bryła małego zgrabnego kościółka. Nie jest zabytkowy, ale prezentuje się ciekawie.  Obok pomnik. Krzysiek z Majką wdrapują się na twierdzę. Mi jest za zimno, by porywać się na taki „wyczyn”. Na moście, gdzie na nich czekam, spotykam dwóch jegomości w gumowcach. Zasięgam języka w sprawie kamiennych głów przy drodze. Moi rozmówcy są jednak na tyle wstawieni, że bełkocą coś o pisarzach i poetach. Może zatem pomniki upamiętniające gruzińskich wieszczów?







W drodze powrotnej jest tak zimno, iż czuję, jakby z każdą minutą odmarzał mi kolejny fragment ciała. W tej chwili nie zazdroszczę panu Kamińskiemu zdobycia bieguna, a nawet mu współczuję. Tam to dopiero musiało dawać w kość! Reszta rodzinki wmawia mi, że nie wcale nie jest tak źle, a moje wychłodzenie na pewno zapowiada grypę. Zapowiada, czy nie, jeszcze NIGDY w życiu, nie czułam takiego zimna. No, może przy malarii w Afryce, ale wówczas trzęsło mną  „tylko” od środka, a teraz także od zewnątrz!
Jako główny fotograf odpowiadam za zdjęcia, ale w tej chwili mam gdzieś wszystkie widoki i fotki razem wzięte. Nie mam siły utrzymać aparatu, bo ręce mi dygocą. Marzę jedynie o powrocie i opatuleniu się w kochany śpiworek…

Na mój widok, kochana starsza Pani, u której nocujemy wyjmuje piersiówkę polskiej żołądkowej, na co Krzysiek tłumaczy, że „żona nie pieje”. Pije, nie pije, z pocałowaniem w rączkę wlewam do gardła seteczkę! Pierwszy raz w życiu haust „gorzały”, a jaki zbawienny! Wtaczam się po schodach na pięterko, otwieram pokój, by rzucić się w objęcia Morfeusza, a tu szaro, kłęby dymu i smród na całe Kazbegi! Lecę po gospodarzy. Okazuje się, że to TYLKO nasza rosyjska współlokatorka od rapu, zostawiła na gazowym grzejniku plastikowy but od snowboard’u… Hmm…

Pokój nadaje się do zamieszkania po półgodzinnym wietrzeniu w solidnym przeciągu.  Mam wrażenie, że po ścianach hula wiatr. Nie wytrzymam! Chyba pójdę do starszej Pani po kolejną seteczkę…


Resztę wieczoru spędzam sam na sam ze śpiworkiem. Kochany Fiord Nansen… Jaki cieplutki…

piątek, 7 lutego 2014

Tu jestem, wuju!


Do kamiennego miasta Vardzia docieramy podczas pobytu w Akhaitsikhe.

Nie wiem, czy wyglądamy na ludzi, którzy podróżują taksówkami, czy też rak turystów o tej porze roku powoduje, iż przy dworcu marszrutek, kierowcy TAXI „rzucają się” na nas niczym sępy na padlinę. Mam dość natarczywości i historyjek w stylu: „Marszrutki uże nie budżet. Wam nada taxi.”
Marszrutka budjet wsjegda! A jak nie marszrutka, to jakaś dobra dusza, która zechce zabrać plecakowicza z drogi.

Jedziemy. Marszrutką po 5 larów od osoby, a Maja gratis. Od miasteczka Khertvisi kończy się główna droga i wjeżdżamy na podrzędną szosę wiodącą doliną wzdłuż rzeki Mtkvari, pomiędzy widowiskowymi szczytami dwutysięczników.

Tego dnia wreszcie wychodzi słońce! Na chwilę, ale jednak. Marszrutka wlecze się i wlecze, zabierając pasażerów z każdej najmniejszej wioseczki.

Wreszcie widać skalne miasto! Pionowa ściana z dziurami na różnych wysokościach. Wysiadamy w szczerym polu. Żywej duszy na około.


Z dołu „podziurawiona ściana” prezentuje się dość niepozornie, ale z każdym kolejnym krokiem widać więcej i więcej. System tarasów kryje w sobie mnóstwo jaskiń, przejść, komnat i korytarzy. Wszystko wykute w skałach, a do tego wspaniała panorama na pobliskie góry. Niezwykle malownicze miejsce. Tylko toporne barierki obmalowane szarą olejną farbą zaniżają obraz piękna. 
Każdy z nas upatruje sobie domostwo w innym stylu i na innym piętrze. Oczyma wyobraźni widzę swoją jaskinię. Kilimy, haftowane obrazy, świeczki… Są nawet wyżłobienia w ścianach na przywiązywanie uzdy dla konia. Proszę bardzo! Nawet własna stajnia dla naszego Nogata! W sumie, to przez jakiś czas moglibyśmy tutaj pomieszkać. Wszak w skalnym mieście jeszcze nigdy nie zabawiliśmy na dłużej…






Piękne jest to, że w całej Vardzi jesteśmy zupełnie sami. Nie słychać żadnych głosów, nawoływań, nie trzeba ustępować miejsca w wąziutkich korytarzach. Nie do wiary! Latem przewijają się tędy tabuny turystów. Po raz kolejny przekonuję się, że warto wybrać Gruzję na zimę.
Maja wspina się kamiennymi schodkami, jak koza. Mówi, że to miejsce podoba jej się najbardziej ze wszystkich dotąd odwiedzonych. W istocie, Vardzia jest takim miejscem, które zapewne urzeknie każdego dzieciaczka.



Vardzia leży na wysokości 1300 m n.p.m., a jaskinie ciągną się na przestrzeni pół km i pokrywają 13 pięter! Została zbudowana przez króla Jerzego III w XII wieku i posiadała 3000 jaskiń mogących pomieścić 50000 ludzi.

Punktem leżącym mniej więcej w połowie drogi wiodącej przez kamienne miasto jest dzwonnica z XIII wieku i funkcjonująca do dziś cerkiew Wniebowzięcia NMP z XII, gdzie zachowały się freski przedstawiające m.in. królową Tamar – córkę wspomnianego króla Jerzego III.

Tamar (1160-1213) to postać, która zapisała się w historii Gruzji, jako młoda, piękna i mądra władczyni. To za jej panowania w XII wieku kraj stał się największą potęgą w historii swego istnienia. Podobno po śmierci królowej, została ona pochowana w klasztorze Gelati, ale dokładne miejsce pochówku, do dziś pozostaje tajemnicą. Tamar była wnuczką króla Dawida IV, zwanego Budowniczym, który ufundował ów monastyr. Według legendy Tamar, jako dziecko, przyjeżdżała do Vardzi z wujem na polowania i pewnego razu zgubiła się. Miała wówczas wołać: Tu jestem wuju!, co w lokalnym języku brzmiało: „AK var, dzia!” W ten sposób miejsce to uzyskało swą nazwę.
(Monumentalny pomnik królowej Tamar można zobaczyć w centrum Akhaitsikhe, po przeciwnej stronie rzeki niż fort.)

Droga powrotna od cerkwi widzie kamiennymi schodkami w dół, prowadząc przez liczne skalne tunele. I znowu atrakcja dla dzieci!

Opuszczając skalne miasto, kierujemy się główną drogą do monastyru Vaniskvabebi datowanego na VIII wiek. Już z daleka widać wpisany w skały biały budyneczek cerkwi oraz kolejne jaskinie. W marszu towarzyszy nam pop, który tu mieszka. Rozmawiamy o ascetycznym życiu, jakie wiedzie. 
Do klasztoru trzeba się wspinać, ale od początku towarzyszą nam wspaniałe widoki na okolicę, a energia nie opuszcza nawet Majki.
Mur obronny kompleksu pochodzi z XIII wieku. Wśród skał wije się podobny do Vardzi system skalnych labiryntów. Oprócz świątyni widocznej z dołu, na terenie monastyru znajduje się jeszcze jeden malutki kościółek. 







Artykuły


Dziękujemy kolejnym redakcjom, które o nas napisały: 










czwartek, 6 lutego 2014

Nie cierpię różowych panter, czyli Mimi w podróży.

Nie wytrzymam! Przed wyjazdem trzykrotnie okrajaliśmy zawartość plecaków. W szczególności Majki, aby nie nadwyrężała kręgosłupa podczas wędrówek. Nie obyło się bez fochów, bo trudno przekonać dziecko, że ukochany Mimi w postaci pluszowej różowej pantery, która ZAWSZE i WSZĘDZIE z nami jeździ, musi ograniczyć zawartość garderoby! Jako wyrodna matka, własnoręcznie dokonałam kilkukrotnej selekcji, zezwalając na jedną koszulinkę i porcięta. No i cóż z tego? Moja rodzona córka za własny grosz zdołała już obkupić Mimiego w dwie gruzińskie czapki, filcową kamizelę oraz ludowy płaszcz! Jak tak dalej pójdzie, głupia pantera będzie miała większy wybór strojów niż ja!



środa, 5 lutego 2014

Fochy, wilki i mnisi.


Marsz do klasztoru Sapara. 

Wracając do miasteczka Akhaitsikhe, to jego główna ulica nie urzeka swym wyglądem (nie licząc widoku na górujący nad miastem, wspominany już, fort.) Niemniej jednak można tu poczuć klimat codziennego życia gruzińskiej prowincji. By jeszcze lepiej wczuć się w atmosferę, wieczorami zapuszczamy się w boczne uliczki.
Uwielbiam zwiedzać miasteczka, pod kątem ich architektury, urbanistyki, układu przestrzennego, a także podpatrywania mieszkańców. Pozostała część Rodzinki na Szlaku – niekoniecznie. Głowa rodziny woli dzicz, las, góry i naturę, a najmłodsza przedstawicielka… - cóż, od czasu do czasu, dochodzi do głosu potrzeba telewizyjno-komórkowa.

Feralnego poranka wszyscy wstają z nastawieniem na własne „JA”, forsując swoją wizję dnia.
Ostatecznie pada na plan Krzyśka, na który przystaję ostatnią wolą zdrowego rozsądku. „Nie będę przecież tracić całego dnia na łażenie po mieście, co mogę przecież zrobić dodatkowo, wieczorkiem.” Mimo takiego wpływania na podświadomość, nie mam humoru. Przechodzę właśnie „włóczęgowski kryzys” typu: DLACZEGO NIE POJECHAŁAM NA WCZASY W HOTELU Z BASENEM?!
Maja ma „focha” na całego, kiedy dowiaduję się, że plan zakłada przejście 12 km szlakiem górskim do klasztoru w Sapara. Najwyraźniej też dopadł ją kryzys, który zdarza się w pierwszych dniach każdej „koczowniczej” wyprawy.

Początkowo idziemy z nosami na kwintę. Wiem, że powinnam wlać w dziecko iskrę zapału, ale mi się nie chce. Krzysiek się wścieka, że „możemy nie iść wcale, proszę bardzo!” 

Minąwszy miasteczko i jego przedmieście dochodzimy do skrętu. Asfaltowa szosa wije się przez pola, dochodzi do wioski, aż wreszcie kończy się ustępując miejsca błotnistej drodze. Ta, łagodnie zaczyna się wznosić. Coraz ładniejsze widoki. Na krótką chwilę wychodzi słońce. Złe humory pryskają, niczym bańki mydlane, a miny się rozjaśniają, jak niebo. Wiem, jak bardzo bym żałowała, gdybym tu nie przyszła! Krajobraz staje się niewyobrażalnie piękny.








Po dwóch godzinach marszu spotykamy dżipa z dwoma popami. Tłumaczą, iż jadą do wsi z drewnem i radzą byśmy się zabrali z nimi, a potem razem pojechali do monastyru. Odradzają dalszy marsz, ze względu na widziane w tym tygodniu wilki. Przystajemy na propozycję.
W drodze powrotnej zabieramy przyczepę z beczką wody ze studni. Dżip zwinnie pokonuje zaśnieżone serpentyny. Przyczepa kiwa się na wszystkie strony. Chwilami serce podchodzi mi do gardła, bo oczyma wyobraźni widzę, jak ściągnie nas w przepaść.








Ostatecznie dane nam jest ujrzeć wspaniały klasztor w niesamowitym miejscu. Jego powstanie datuje się na IX wiek, ale znaczna rozbudowa, na polecenie gubernatorów  Akhaitsikhe – Sargis i Beka Jakeli (ojca i syna), przypada na XIII i XIV wiek.
Kompleks położony jest nad urwiskiem i składa się z trzech cerkwi: Św. Stefana, Wniebowzięcia Maryi oraz największej pod wezwaniem Św. Saby, gdzie zachowały się oryginalne XIV-wieczne freski. Nad całością górują ruiny fortu. W okresie okupacji sowieckiej klasztor zamieniono na obóz pionierski. Mnisi powrócili tu dopiero w latach 80-tych XX wieku.









Spotkani po drodze zakonnicy proponują nam poczęstunek, oraz odwiezienie do punktu, skąd nas zabrali. Nie uśmiecha nam się spotkanie wilka, więc z radością się zgadzamy. Szczególnie Maja, gdyż każde podwiezienie oznacza krótszy marsz. 

sobota, 1 lutego 2014

Stepantsminda czyli Kazbegi i rosyjski rap


Stepantsminda popularnie zwana Kazbegi, to małe miasteczko leżące w Wielkim Kaukazie w odległości 170 km od Tbilisi i 8 km od granicy z Rosją. Latem bardzo popularne wśród turystów, zimą zapomniane i uśpione. Dla jednych brzydkie, dla innych urocze. Dla nas miłe i co najważniejsze wciąż z typową gruzińską architekturą, czego nie można powiedzieć o powstającym niżej narciarskim kurorcie Gudauri, gdzie domy budowane są na wzór alpejski.

Wszystko jest jednak kwestią czasu. Zapewne za dwadzieścia lat i Kazbegi rozrośnie się do pękającego w szwach, o każdej porze roku, kurortu niczym nasze Zakopane, a pobliskie urocze wioseczki, jak choćby Sno, staną się jedną wielką „kwaterą do wynajęcia”. Zapewne nie da się tego uniknąć, więc warto tu przyjechać, szczególnie zimą, by nacieszyć się widokami. Bo cóż by o Kazbegi nie powiedzieć, pięknej panoramy na góry nie można mu odmówić. W każdym punkcie miasteczka można usiąść i delektować się krajobrazem. 




Zatrzymujemy się w domowym „hotelu” w Gergeti. Idąc z Kazbegi, wystarczy przejść przez rzekę Thergi, by po 5 minutach znaleźć się nieco wyżej, w sąsiedniej wiosce. Dom jest stary, jednopiętrowy, czysty, z tarasem na całą okolicę.



 Mamy do dyspozycji łóżka w wieloosobowej sypialni, łazienkę i rodzinną kuchnię. Pierwsze dwie noce dzielimy sypialnię z blondynką z Rosji. Nie mam nic przeciw blondynkom, ani Rosjankom, ale dziunia, albo pierwszy raz dzieli pokój z innymi, albo ma się za pępek świata, gdyż wieczorami puszcza z laptopa swoje przeboje! Lubię poznawać muzykę z różnych stron świata, ale niekoniecznie po 23.00, kiedy dziecko mi śpi i mam chwilę dla siebie. Zamiast delektować się bliskością Kazbeku, zastanawiam się, czy nie zaproponować jej własnych słuchawek?

Bankomaty w Gruzji są już praktycznie na każdym kroku i to nawet w mniejszych miejscowościach. Inaczej wygląda to w Kazbegi. Na chwilę obecną, bankomat jest jeden, w przybytku pod nazwą ROOM’S HOTEL, na samym końcu miasteczka.


Mamy szczęście! Dzisiaj udaje nam się zobaczyć szczyt Kazbeku! Wcześniej ukrywał się za chmurami. Jest piękny! Warto było mimo dwudniowego opóźnienia w podróży przez zamkniętą drogę! 




Gergetis Sameba


Monastyr św. Trójcy. Wielki Kaukaz.



Do tej pory nie mogliśmy się nadziwić, jak łagodna może być zima na Kaukazie. Pogoda po prostu nas rozpieszczała… Do środy, kiedy to znaleźliśmy się w Stepantsmida – dawnym Kazbegi… Sypnęło śniegiem, zrobił się mróz i silny wiatr. Drogę powrotną do Tbilisi odcięły lawiny… Wszystko warte jest jednak widoków i krajobrazów, jakie nas otaczają.




Mimo niesprzyjającej aury, w czwartek dotarliśmy do klasztoru św. Trójcy (Gergetis Sameba) leżącego na wysokości 2200 m n.p.m., w drodze na Kazbek. Latem jest to spacerowy szlak, ale zimą może zmienić się w wymagający samozaparcia trekking przez śniegi, chwilami sięgające kolan. Nie wiedzieliśmy, jak takie doświadczenie zniesie Maja. Liczyliśmy się nawet z zawróceniem z trasy, ale ku naszemu zaskoczeniu, nasz Zuch dał radę!






Cerkiew i dzwonnica klasztoru pochodzą z XIV wieku. Cerkiew jest zbudowana na planie krzyża i stanowi swoisty symbol Gruzji. W okresie zagrożenia, to tutaj przewieziono z Mtskhety cenne dla Gruzinów relikwie (w tym krzyż św. Nino), aby uchronić je przed zniszczeniem. Położenie klasztoru w górach, na wysokości ponad 2000 m n.p.m. dawało większe szanse bezpieczeństwa. Nawet w czasach okupacji radzieckiej, kiedy walczono z wszelkimi przejawami religijności, monastyr działał i przyciągał odwiedzających. Sowieci wybudowali kolejkę linową z Kazbegi, ale mieszkańcy szybko ją rozebrali, gdyż dla nich była to profanacja świętego miejsca. Jej dolna stacja nadal straszy w miasteczku.


czwartek, 30 stycznia 2014

Twierdza u wrót małego Kaukazu i modlitewnik pradziada


Z Kutaisi pod Mały Kaukaz czyli Akhaitsikhe.

Po kolejnej zimnej nocy w Kutaisi, wyruszamy do Akhaitsikhe. O miasteczku wiemy tyle, iż jest stolicą regionu Dżawachetia, leży w Małym Kaukazie i jest domem potomków powstańców styczniowych, których zsyłały tu niegdyś władze carskie.

Po opuszczeniu Kutaisi krajobraz staje się coraz bardziej naturalny i wolny od cywilizacji. Mijamy mniejsze i większe skupiska domostw usianych wśród skalistych wzgórz. Tu i ówdzie wzrok przyciągają dostojne mury monastyrów.

Akhaitsikhe wita nas słońcem. Na ulicach handel prosto z łóżek polowych. Niemłode kobiety ubrane w kożuchy i futrzane czapy. Mężczyźni w skórzanych kurtkach. Czuję się, jak przeniesiona do polskich lat osiemdziesiątych. 

W pierwszej napotkanej knajpce zamawiamy khinkali – tradycyjną gruzińską potrawę a’la pierogi. Gospodyni włącza gazowy piec i na początek przynosi chleb, słoninę i gorącą herbatę. Na koniec khinkali. Ciepłe i smaczne. Mogę je jeść codziennie. Maja też, a ich "sakiewkowaty" kształt stanowi dla niej atrakcję.


 Po obiedzie rozpytujemy o nocleg. Po nitce do kłębka trafiamy do domu gruzińskiej rodziny, która wynajmuje nam pokój przylegający do spiżarni w zapasami wina. Gospodarz żartuje, że możemy się częstować. Po za tym zapowiada wspólną wieczorną biesiadę. Znowu zanosi się na toasty…


 Nad centrum miasteczka góruje fort. Powierzchnię 7 ha wzgórza, na północ od rzeki Pocchowi-Ckali znajdują się odrestaurowane mury fortyfikacji z basztami, wewnątrz których znajdują się rozmaite świątynie. Na dawnych fragmentach murów odbudowano bryłę kościoła ormiańskiego, meczetu z minaretem, synagogi, pałacu i łaźni. W zbirach miejscowego muzeum można zobaczyć eksponaty obrazujące historię regionu. Na terenie fortu, ma jednej z posadzek można zobaczyć tablicę upamiętniającą Michaela Aznavoura – ojca słynnego kompozytora i śpiewaka Charles'a, który urodził się właśnie w tym mieście.


Schodząc ze wzgórza mijamy pozostałości starego miasta, w postaci tradycyjnego gruzińskiego budownictwa. Domy pochylają się ze starości, prezentując resztki dawnej świetności swych ciekawych balkonów. Ich autentyczność bardziej do mnie przemawia, niż sterylnie odrestaurowany fort.


Szukając śladów Polaków w Akhaitsikhe, przeczesujemy miasteczko wzdłuż i wszerz. Spotykamy dwie rodaczki. Całkiem przypadkiem, pytając o drogę do Domu Polskiego.

Ostatecznie trafiamy do maleńkiego zakładu szewskiego w centrum, gdzie sympatyczny Gruzin z polskimi korzeniami, dzieli się z nami wspomnieniami o swym pradziadku. Pokazuje nam przechowywane z dumą XIX-wieczne modlitewniki po polsku i medalion, które po nim zostały. Mai podoba się zakład, którego u nas nie można już spotkać. Wygląda, jakby czas stanął tu w miejscu pół wieku temu...




sobota, 25 stycznia 2014

Szlak monastyrów, psów i pięknych widoków


Gruzja 2014.

Monastyr Gelati i Mocameta – Kutaisi.
Początków ciąg dalszy. 

O 14:00 ze starego Kutaisi odjeżdża marszrutka do Gelati. Busik pnie się stromymi ulicami, przy których pasą się krowy. Widoki coraz ładniejsze! Jest dosyć ciepło, ok. 4 oC, ale na niebie piętrzą się ciężkie, szare chmurzyska.

Monastyr Gelati (również wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO), został wybudowany na malowniczym wzgórzu, z polecenia króla Dawida IV w XII wieku. Cztery wieki później spaliła go armia turecka, ale został szybko odbudowany, stanowiąc centrum kultu religijnego oraz, z racji istniejącej przy nim Akademii – ośrodek kultury i nauki. W czasie przejęcia kontroli przez sowieckich okupantów w roku 1922, mnisi zamieszkujący klasztor zostali wysiedleni i powrócili dopiero w latach 90-tych XX wieku.


W skład kompleksu Gelati wchodzą trzy świątynie: największa i zarazem najstarsza cierkiew Matki Bożej, z doskonale zachowanymi freskami, kościół św. Jerzego z XIII wieku, oraz malutki kościółek pod wezwaniem św. Mikołaja. Do zabudowań klasztornych należy też budynek wspomnianej Akademii, oraz skromne „domostwa” mnichów.


Po obejrzeniu całego monastyru jestem pod wrażeniem fresków w głównej świątyni. Przedstawiają one postać fundatora – króla Dawida IV trzymającego budynek kościoła oraz wizerunki innych, dawnych możnowładców. W absydzie zachowały się malowidła obrazujące Maryję z dzieciątkiem i archaniołów, a w kopule postać Chrystusa Pantokratora – Władcy i Sędziego Wszechświata.



Wychodząc z kościoła natrafiamy na gości i rodziców z dzieckiem przygotowanym do Chrztu. Wracamy, by przyjrzeć się z bliska sakramentowi udzielanemu w obrządku prawosławnym. Rodzina pozwala nam fotografować. Po długim nabożeństwie każdy z zebranych otrzymuje indywidualne błogosławieństwo popa (my również), po czym następuje pokropienie wodą. Jeszcze modlitwa dla rodziców i sam obrzęd chrztu. Jest bardzo zimno, więc pop nie zanurza rozebranego dzieciaczka w chrzcielnicy, tylko polewa go solidnie podgrzaną wcześniej wodą. Maluch drze się w niebogłosy, a nam robi się jeszcze zimniej.


O tej porze roku turystów w Gruzji, jak na lekarstwo, więc po wyjściu z monastyru, nieliczni sprzedawcy dewocjonaliów, zachęcają nas do kupienia pamiątki. Tuż przy bramie w błocie brodzą świnie.

Schodzimy ze wzgórza główną, pustą drogą. Przyglądamy się lokalnej zabudowie. Wszędzie pasą się wychudłe krowy. Ze wszystkich stron ujadają psy i pieją koguty. Maja piszczy na widok każdej przyjaznej psiny, która wybiega, by towarzyszyć nam w wędrówce. A że wszystkie są jednakowo brudne i chude „MUSIMY im pomóc” dokarmiając chlebem, który niesiemy z sobą. Nasza pociecha ma nawet swoich faworytów i zgłasza chęć zabrania ich do domu. Chyba zaczniemy odkładać na bilety lotnicze na przewóz psów! Na szczęście i nieszczęście, oprócz przymilnych kundelków, pojawiają się też wyszczerzające kły owczarki kaukaskie, których odstraszający wygląd niweluje trochę psią miłość naszego dziecka, ale za to nas przysparza o atak nerwicy. Na wszelki wypadek Krzysiek „uzbraja się” w gruby kij.

Im jesteśmy niżej, tym mija nas więcej aut. Dominują stare Łady, Wołgi i Kamazy. Wyglądają tak miło i „egzotycznie”, iż postanawiam założyć gruzińską kolekcję zdjęć samochodowych. J
Nie łapiemy stopa, gdyż za punkt honoru stawiamy sobie piesze dojście do ostatniego dziś, trzeciego monastyru Mocameta. Pobocze takie sobie, więc idziemy „gęsiego”. Mija nas jeździec na koniu. Tętent kopyt długo dociera do naszych uszu. W pewnym momencie na drodze widać oba monastery jednocześnie, zarówno ten w Gelati, jak i Mocameta. Po ok. 4 km marszu jezdnię przecinają tory. Dróżnik radzi, byśmy poszli wzdłuż linii kolejowej, co ma znaczenie skrócić dystans, a pociągu mamy się nie obawiać, bo w najbliższym czasie nie pojedzie.




Wolnym tempem wędrujemy kolejną godzinę. Monotonne, wysłużone tory wpływają na wszystkich nużąco, a Maja zaczyna się niecierpliwić. Pada złowieszcze pytanie: „A długo jeszcze?

Wreszcie naszym oczom ukazuje się pięknie wpisana w krajobraz, majestatyczna bryła klasztoru.
Jeszcze trochę i znajdujemy się na jego terenie. Jest pusto, cicho i tajemniczo. W oddali przechadza się pop. W dole malowniczo wije się dopływ rzeki Roni nazywanej Czerwoną Wodą /Cchalcitela/ - na pamiątkę męczeńskiej śmierci dwóch braci Dawida i Konstantyna, którzy opierając się przejściu na Islam z rąk Muryan'a II Ibn Mukhameda, po okrutnych torturach zostali utopieni. Według legendy szczątki ich ciał miały wyłowić lwy i zanieść na wzgórze, gdzie obecnie wznosi się klasztor z VII wieku, zrekonstruowany cztery wieki później przez króla Bagrata IV. Rekonstrukcja obecnej budowli pochodzi z XIX wieku.


Wewnątrz cerkwi również znajdują się freski przedstawiające m.in. postacie obu braci umieszczone tuż nad ich sarkofagiem po prawej strony od wejścia. Mnisi chętnie zapoznają z historią miejsca oraz, jak w większości monastyrów, prowadzą wewnątrz świątyni maleńki sklepik z dewocjonaliami. 


Droga powrotna z Mocameta doprowadza nas do głównej szosy wiodącej do Kutaisi, skąd jeszcze ok. 3 km brakują do jego starej części.


Po powrocie czeka nas ciepła kolacja z rodziną Łacho i kolejna zimna noc. Podczas wieczerzy domownicy nie mogą się nadziwić, dlaczegóż to nie planujemy wizyty w mieście Gori, gdzie znajduje się Muzeum Stalina? (Na marginesie dodam, że główna ulica oraz plac również noszą tam nazwisko „wielkiego” wodza.) Odpowiadamy, iż aż tak nie interesuje nas życie towarzysza Józefa, co spotyka się ze zdumieniem gospodarzy. „Przecież to wyzwoliciel!” No cóż… No to może toast za przyjaźń polsko-gruzińską…

Rano ruszamy w dalszą drogę w kierunku prowincji Dżawachetia.

Więcej zdjęć na naszym profilu na FB.