niedziela, 31 marca 2013

Ziutek


Tanzania – cz. 5

Dar Es Salam – Kunduchi 35 km

Rano odwiedzamy kenijską ambasadę w celu uzyskania wiz. Zaraz potem zabieramy rzeczy z pokoju i wyruszamy nad ocean. Dar jest miłym miejscem, ale jednak to dość duże miasto i mimo kolonialnego charakteru panuje tu zgiełk. Ciągle nie podjęliśmy decyzji w sprawie Zanzibaru, postanawiamy, zatem zaszyć się na plaży i przeplanować budżet.

Rozbijamy namiot na prywatnej piaszczystej plaży należącej do jednego z dużych hoteli. Na lewo mamy smukłą samotną palmę, a na prawo niewielką wysepkę o nazwie Mbudya, która ze względu na swe dziewicze tereny jest objęta ochroną prawną. Niedaleko hotelu znajduje się maleńka przystań, gdzie cumują tradycyjne łodzie żaglowe miejscowych rybaków.


Rzucam się na plażę i zatapiam wzrok w spokojnej toni oceanu. Woda jest lazurowa. Po kilkunastu minutach żołądek zaczyna domagać się jedzenia. Czar pryska. Przypominam sobie, że jedliśmy dziś skromne śniadanie w postaci mizernej potrawki z bamii.
Ruszamy do wioski na zakupy. Gotujemy najprawdziwszy obiad na plaży. W między czasie zajmujemy się reorganizacją budżetu. Jednogłośnie dochodzimy do wniosku, że odwiedzimy Zanzibar, chociażby do końca podróży przyszło nam wsuwać bamię z maniokiem. Na poczekaniu wytyczamy trasę przejazdu po wyspie, gdzie plaże mają być najładniejsze na świecie…

Towarzystwa dotrzymuje nam Ziutek. Oswojona małpka, która z upodobaniem raczy nas iskaniem. Uwielbiam, gdy buszuje mi we włosach, ale niepokoi mnie fakt, że coś stamtąd wygrzebuje i zjada! No dobra, suszarki ze sobą nie wiozę, ale na litość komara, NIE MAM INSEKTÓW! Uspokajam się jednak dopiero wówczas, gdy zauważam, że Ziutek konsumuje również coś z głowy Krzyśka. Pocieszam się, że nie może chodzić o wszy, bo przecież, one nie żerują na łysinie!

sobota, 30 marca 2013

Dar Es Salam


Rowerem przez Afrykę.
Tanzania – cz. 4

Czalinze – Dar Es Salam. 118 km. 7 godz. 16 min.

Ze snu budzi mnie zapach świeżego ananasa. Otwieram oczy. Krzysiek szykuje śniadanie. Mimo wczesnej pory jest potwornie gorąco. Odruchowo spoglądam w sufit. Wentylator stoi. Gacie wiszą. Nie ma prądu.
Wyskakuję z łóżka wypoczęta i rześka. Biegnę za motel wziąć prysznic w podwórzowym wyrodku.
Świadomi sporej odległości, szybko ruszamy w drogę. Początkowo jedzie się, jak po maśle, bo droga jest niemal idealnie prosta. Dalej, jak zwykle utrudnienia w postaci stromych podjazdów. We wiosce Mandizi, 65 km przed stolicą Tanzanii – Dar Es Salam zaczyna się szerokie wyasfaltowane pobocze, więc nie muszę obawiać się pędzących autobusów, które wczoraj wykończyły mnie psychicznie.
Przedmieścia Dar składają się z równych rzędów blaszanych barów, sklepików, zakładów usługowych i restauracyjek. W ruchliwym centrum miasta lokujemy się w spartańskim schronisku prowadzonym przez YMCA i ruszamy na „podbój” miejsca, które znamy z bogatych opisów literatury podróżniczej.
Prócz kilku budynków, które prezentują się dość nowocześnie, reszta zabudowy pamięta czasy kolonialne. Egzotycznego charakteru dodaje bujna roślinność i kolorowe kramiki ze wszystkim, co da się sprzedać. W pobliżu hinduskich sklepów unosi się wspaniały zapach najróżniejszych przypraw i olejków. Kluczymy uliczkami, prowadząc rowery, by nic nie umknęło naszej uwadze. Lubię takie wędrówki bez celu, bez pośpiechu i bez konieczności zrobienia czegoś konkretnego. Poddaję się miejscu, jego regułom i magii. Bo każde nowe dla mnie miejsce ma w sobie coś z magii.
Mam przed oczyma opis Dar Es Salam z ulubionej książki. Chcę odwiedzić te miejsca i budynki, które wpisały się w życie bohaterów z końca XIX wieku. Przecież one ciągle pamiętają tamte czasy! Tym sposobem docieramy na pobrzeże. Naprzeciwko katedry świętego Józefa ulokowały się liczne agencje promowe sprzedające bilety na Zanzibar. Panuje straszny tłok. Ludzie przepychają się do okienek. Każda korporacja ma swojego „naganiacza”, który usiłuje przekrzyczeć konkurencję. Prócz tego masa naciągaczy oferujących okazyjne bilety na fikcyjne promy. Ostrzegają przed nimi przewodniki turystyczne, jak i licznie porozklejane plakaty, ale to ponoć nie odstrasza naiwności niektórych obieżyświatów. Słońce zachodzi i jak zawsze oblewa krajobraz pomarańczową poświatą. Przy małej przystani cumują jachty z całego świata. My cumujemy w maleńkiej kafejce, gdzie podają herbatę miętową. Musimy podjąć ostateczną decyzję w sprawie podróży na Zanzibar, który nie jest wpisany w trasę naszej podróży ze względu na wysokie, jak dla nas, ceny biletów promowych, ale BYĆ W PARYŻU I NIE WIDZIEĆ LUWRU?!

piątek, 29 marca 2013

Wirujące gacie.


Tanzania – cz. 3
150 dzień podróży przez Afrykę.

Morogoro – Czalinze (92 km – 5 godz.)
14 lutego.

O świecie żegnamy się na naszym nowym znajomym. Po wymianie adresami i obopólnych zapewnieniach o kontynuowaniu znajomości ruszamy w drogę.
Z żalem opuszczam Morogoro, które ma w sobie coś przyciągającego. Pierwsze 40 km pokonujemy sprawnie i szybko, ale dalej zaczynają się „schody” w postaci górek i dolinek. Nienawidzę tego! Poważnym utrudnieniem są mijające nas w szaleńczym tempie dalekobieżne autobusy. To jakaś zmora! Z ich powodu kilka razy w ciągu dnia ląduję w rowie, skąd z dużym trudem i pomocą Krzyśka przychodzi mi ponownie włączyć się do ruchu. Klnę jak szewc. Nawet nie wiem, że tak potrafię, ale wyraźnie mi to pomaga. Skupiam się bynajmniej na wygrażaniu sprawcy mojej niedoli, zamiast się nad nią użalać.
Czalinze to tranzytowa zakurzona wioska, w której nie ma gdzie rozbić namiotu. Nie mam jednak siły, by jechać dalej. Powalił mnie dzisiejszy upał i przeklęte autobusy. Bolą mnie ręce.
Decydujemy się na ulokowany przy głównej trasie brzydki lecz jedyny motel. Pokój jest, ogólnie rzecz ujmując „OK.”, ale przeraża mnie zawieszony na suficie gigantyczny wentylator, na którym z zawrotnym tępię kręcą się… czyjeś gacie.
Leżę na łóżku z nogami wspartymi o ścianę i wsłuchuję się w jego piskliwe rzężenie.  Jestem tak zmęczona, że nie wiem, czy ten dźwięk mnie denerwuje, czy usypia? Gapię się białą plamę wirujących gaci, zastanawiając się, w którym momencie spadną mi na twarz? Obraz staje się coraz bardziej rozmyty, a ja z każdą chwilę bardziej obojętna na perspektywę spadnięcia zarówno gaci, jak i całego wentylatora. Ostatkiem świadomości próbuję oszacować, czy w przypadku tego ostatniego, stracę twarz, czy całą głowę?

wtorek, 26 marca 2013

Z suszarką w tle


Tanzania – cz. 2
W drodze do Morogoro
Luty.

Trasa z Tukuyu do Morogoro, która z przerwami na noclegi zajmuje nam kilka dni, jest malownicza, chwilami trudna i monotonna.
W okolicach miasteczka Irynga, w przydomowym barze zbitym z desek opychamy się wyśmienicie przyrządzoną kassawą z boczkiem prosto z ogniska. Jest sympatycznie i bardzo swojsko.


Przed nami przejazd przez Park Narodowy Mikumi, przez który przebiega trasa Tukuyu – Morogoro. Jedziemy z aparatem fotograficznym na wierzchu, na wypadek wypatrzenia zwierząt. Jak na zawołanie, już po kilku kilometrach napotykamy pierwsze stadka antylop. Dalej guźce i pawiany, a „na deser” żyrafy! Nie mogę uwierzyć, że to dzieje się naprawdę! W takiej chwili, jak zwykle, wyobrażam sobie, że kiedyś tu zamieszkamy. „Tu” czyli w Afryce, a ja po latach powtórzę za Karen Blixen: „Miałam w Afryce farmę u stóp gór Ngong (…)” Tylko w moim przypadku będzie: „Miałam w Afryce farmę, w miejscu, gdzie wartki nurt Zambezi podąża w kierunku Grzmiącej Wody.” Od czasu, gdy zobaczyłam skrawek buszu na botswańsko-zambijskiej granicy, nie przestaję o nim myśleć. Często o nim rozmawiamy, a Krzysiek ma w głowie cały projekt naszego przyszłego siedliska.


Na jeden z noclegów wybieramy „wypasiony” camping z elektrycznością, popularny wśród organizatorów drogich safari. Dojeżdżam doń ostatkiem sił, bo tego dnia pogoda, trasa i dystans dają mi mocno w kość. Wyglądam i czuję się, jak ścierka do podłogi, a tu niespodzianka! Po polu kręcą się wytrawni obieżyświaci. Są świeżutcy i piękni, jak krokusy na wiosnę. Dominują kolory khaki, białe podkolanówki i kapelusze w stylu odkrywców z czasów Dawida Livingston’a. Jest gwarnie i wesoło. Na nasz widok robi się jednak wymownie cicho. Nikt nie odpowiada na grzecznościowe pozdrowienie. Nie wiem, czy powoduje nimi brak wychowania, czy element zaskoczenia? Wszyscy się gapią. Mam ochotę wystawić jęzor. Kluczę między nowiutkimi namiotami w poszukiwaniu miejsca na rozstawienie naszego i zastanawiam się: - co ja tu robię?! Pachnie sklepem sportowym.
Ostatecznie, wybieramy skrawek gruntu na uboczu. Rozkładam się na trawie i obserwuję uczestników safari. Myślałam, że w bliskości parku Mikumi bohaterami będą zwierzęta, a nie ludzie, ale bawię się przednio. Mija nawet zmęczenie. Moją uwagę skupia ponętna blondyneczka w białej bluzce, obcisłych szortach, która siedzi przy namiocie na rozkładanym krzesełku w kolorze khaki i… I suszy włosy SUSZARKĄ! Podziwiam ją, że chciało jej się prowadzić przedłużacz przez całą długość campingu, by w temperaturze 30 stopni Celciusza dobrowolnie poddać się dodatkowemu nawiewowi gorącego powietrza. A w ogóle, to co też musiało dziać się w jej mózgu, że na afrykańskie safari przywlekła to urządzenie?!
Odpuszczam i skupiam się słuchaniu odgłosów Afryki. Zamykam oczy. Kiedy, za jakiś czas je otwieram widzę, że blondyneczka nadal siedzi, gdzie siedziała, tylko, że tym razem… maluje paznokcie u lewej stopy. Na trawie stoi pokaźny czerwony kuferek. Wow!

Morogoro, to urocze gwarne miasteczko, przywodzące na myśl plan filmu o czasach kolonialnych. W centrum mnóstwo ludzi, kramów i muzułmańskich sklepików. Od wschodu malownicze góry, przez które bezustannie przetaczają się kłęby białych chmur. Taki widok roztacza się z drewnianej werandy naszego hoteliku, gdzie zatrzymaliśmy się na pobyt. Z drugiej strony okna wychodzą na jeden z licznych w mieście meczetów, gdyż Muzułmanie, to duża część tutejszej populacji.


Zawieramy znajomość z eleganckim wykształconym jegomościem, który przyjechawszy do Morogoro w interesach, pomieszkuje w pokoju obok. Mówi biegle po angielsku, więc z ochotą występuje w roli naszego tłumacza. Obsługa hotelowa włada jedynie Suahili.
 Zjadamy wspólnie kolację w uroczej knajpce z pięknym widokiem na góry. Rozmawiamy o sytuacji gospodarczej w państwach środkowej Afryki. Właściwie to on mówi, a my słuchamy. Od czasu do czasu wtrącam coś z własnych obserwacji. Starszy pan upiera się, by uregulować rachunek.  

poniedziałek, 25 marca 2013

Śladem placówek bankowych


Z dziennika z podróży
Tanzania – cz. 1
Kyela – Tukuyu (57 km – 5 godz.)

Zatem: Welcome Tanzania!
Podróżujemy elegancką drogą pokrytą wysokogatunkowym asfaltem sponsorowanym przez Radę Europy, o czym „krzyczą” gigantyczne tablice. Jest ciężko, bo trasa prowadzi pod górę. Mimo dobrych przerzutek i zaprawy „w boju” przez ostatnie 140 dni, nie daję rady jechać. Muszę prowadzić rower. Słońce piecze niemiłosiernie. Nie pamiętając o różnicy czasu między Malawi, a Tanzanią, przez co mamy spore opóźnienie. Nie żebyśmy przejmowali się tu czasem, albo żyli według żelaznych zasad czasomierza… Musimy po prostu zdążyć do większego miasta, by udać się do banku i wymienić czeki podróżne na walutę tanzańską. W Kyela nie da się tego zrobić, o czym informuje nas urzędnik w błękitnej marynarce. Aby się tego dowiedzieć, marnujemy 15 minut stercząc przy drewnianej ladzie. Z nudów oddaję się analizie podstaw wizażu i z zazdrością odkrywam, że też do czarnej skóry pasuje każdy kolor! Już widzę odcień niemowlęcego błękitu w zestawieniu z moją opaloną, aczkolwiek wciąż białą gębą! Pasowałoby jak zieleń do nieboszczyka!
Z miną wyrażającą ubolewanie nad naszą niewiedzą „niebieski” wyjaśnia lakonicznie, iż oddział bank NBC honorujący czeki podróżne znajduje się w Tukuyu.

Ceny w Tanzanii, jak zdążyliśmy się zorientować są dość niskie. Hura! Kolejny przyjazny kraj dla naszego budżetu!

Trud podróży niweluje wspaniały „słodki” zapach dojrzałych daktyli i bananów, który roznosi się wzdłuż drogi i przyjemnie drażni nozdrza. Od granicy przez cały czas towarzyszą nam, bowiem owocowe gaje. Ze względu na wspomniane górzyste ukształtowanie terenu robimy częste przerwy. Posilamy się wyciskanym na bieżąco sokiem z pomarańczy.
Do Tukuyu dojeżdżam ostatkiem sił. Najchętniej wyłożyłabym zmęczone odnóża gdzieś pod palmą, a nie szukała banku, ale siła wyższa. Nie mamy czym płacić.

W banku, na powitanie, oznajmiają nam, że „czeki podróżne wymienia bank w Mbeya”. Taka informacja zwala mnie z nóg, bo przydrożne znaki informują, że do Mbeya pozostaje jedyne 80 km! Chce mi się krzyczeć. Jestem zdesperowana i nieuprzejma dla pana w okienku. Żądam widzenia z kierownikiem. Zrzędzę, na nieudolność tanzańskich banków, na podróż rowerem i brak pieniędzy na nocleg. W końcu odmawiam opuszczenia placówki bankowej bez otrzymania stosownej kwoty szylingów, na jaką opiewa mój czek. Zadziwia mnie moja determinacja, ale siadam na podłodze przy oknie. W międzyczasie zastanawiamy się, co robić? Momentalnie stajemy się atrakcją dla gapiów. Po pół godzinie zjawia się szpakowaty pan w szarym garniturze z plikiem papierów i kwitów. Po ich wypisaniu mamy „w drodze wyjątku” podejść do okienka, gdzie jednak zrealizują nam czek! Uff.

Z zapasem szylingów udajemy się na poszukiwanie jadłodajni i mapy Tanzanii. Ta druga okazuje się nie do zdobycia, więc w zamian zaopatrujemy się w dwadzieścia apetycznie wyglądających brzoskwiń. Mniej kupić nie można. Damy radę. Na kolację i śniadanie.

Przed snem zagłębiamy się w rozmówki Suahili, które otrzymaliśmy od poznanego na trasie rowerzysty z Australii, który jechał w odwrotnym kierunku niż my. Wraz z opuszczeniem Tanzanii, skończył swoją przygodę z tym językiem. Wkuwamy liczebniki i podstawowe zwroty grzecznościowe, które przydają się w codziennych kontaktach z tubylcami.

Wygląda na to, że znów wjechaliśmy w rejony bogate w występowanie zwierząt, które w Malawi ograniczyło się do rezerwatu Vwaza lub hodowli kóz. Od granicy towarzyszą nam pawiany, inne małpy i przeróżne ptactwo. Ich obserwacja znacznie opóźnia trasę przejazdu, ale nie możemy się oprzeć.

niedziela, 24 marca 2013

Goodbye Malawi.



135 dzień podróży.

Malawi - przejście graniczne z Tanzanią.
 31 stycznia.
Czilumba – Karonga (81,6 km – 5,29 godz.)

Oznaczona na mapie asfaltówka okazuje się drogą w budowie, tak więc cała trasa wiedzie przez mniejsze lub większe rozkopy. Do tego słońce mocno przypala, a ciężarówki wywożące piach z budowy wzniecają takie tumany kurzu, że przez większą cześć przejazdu nie widzimy ani siebie, ani otaczających krajobrazów. Jako, że woda w Czilumbie ze względu na swą bogatą zawartość niezidentyfikowanych paprochów, nie nadawała się do spożycia nawet po przegotowaniu, nie zabraliśmy zapasu herbaty miętowej, która doskonale gasi pragnienie podczas drogi. Potworną suchość w ustach potęgowaną pyłem i kurzem, gasimy podczas postojów w przydrożnych Grocery, gdzie wypijamy chyba ze dwadzieścia butelek ciepłej, jak zupa Coli i wszelkich jej odmian.
Do Karongi docieramy dopiero o 16:00. Rozbijamy namiot 5 km od centrum, na przytulnym kampingu oddzielonym od jeziora szerokim pasem łąki. Udajemy się na poszukiwanie paliwa do kochera, które kończy się jednak fiaskiem. Na jednej ze stacji sympatyczny mechanik w biało-czerwonych skarpetkach, oznajmia bowiem, iż „dostawa będzie w przyszłym tygodniu”, a na drugiej mówią nam, że „paliwo jest, owszem, ale dowiozą je jutro po południu.”  W tej sytuacji zadowalamy się ogniskiem na plaży, gdzie pieczemy ziemniaki. Mamy też sałatkę z pomidorów i ananasy.

Rano ruszamy w stronę Tanzanii. Od granicy dzieli nas 80 km. Wydajemy ostatnie malawijskie pieniądze. 360 KW inwestujemy w moskitierę i pyszne drożdżowe racuchy, jakie smażą się przy drodze w jednej z wiosek.
Trasa wiedzie dobrą asfaltową drogą, po dość równym terenie, mimo iż otaczający nas krajobraz z minuty na minutę staje się coraz bardziej górzysty. 
Dojeżdżamy do szlabanu, który nieodwołalnie sygnalizuje, że opuszczamy terytorium Malawi.

czwartek, 21 marca 2013

Operacja SIKU


Dzień 132

Malawi

Rumphi – Czitimba (93,71 km – 5,5 godz.)

Szykując się do drogi wiemy tylko tyle, że teren ma być górzysty. Tak mówią tubylcy. Wstajemy o świcie i po szybkim śniadaniu, ruszamy. Po godzinie jazdy świętujemy przekroczenie trzeciego tysiąca kilometrów pokonanych na rowerach.

W pierwszym etapie, droga jest prosta, a potem prowadzi przez malownicze góry, wzdłuż rzeki aż do mostu, który, jak informuje ustawiona przed nim tablica „w niedziele jest czynny przez cały dzień”. Mamy, zatem szczęście, bo gdybyśmy przejeżdżali tędy innego dnia, przyszłoby nam wpasowywać się w wątłe luki czasowe. Jak głosi, bowiem napis: “South-Rukurn Bridge close from Monady do Saturday from 7:30-10:30, 11:00-14:00, 14:30-17:30”.
Za mostem trasa odbiega od rzeki i zaczyna się ostro piąć. W kulminacyjnym punkcie można jednak podziwiać wspaniały widok na jezioro Niasa, co rekompensuje nam wszelki trud. Dalej, to już tylko zjazd w kierunku jeziora. Trzeba jednak pokonać kilka kilometrów wzdłuż skalnych ścian ustawionych tuż przy drodze, skąd chmara pawianów zrzuca kamienie. Co za wściekłe towarzystwo?! Nie chce mi się wierzyć, aby wredne małpy robiły to przypadkowo! Wyraźnie celują w nas i gapią się na efekt swoich poczynań. Kiedy jesteśmy już w bezpiecznej odległości odwracam się i wygrażam im pięścią. W ich bystrych oczkach, wyraźnie widzę rozczarowanie. To mi zakrawa na rasizm!

W końcu docieramy do Czitimby – celu dzisiejszej podróży. Prawdę mówiąc, gdyby nie spory szyld na jednym z budynków oznajmiający: Chitimba Post Office, nie zwrócilibyśmy uwagi, że to już. Ogarnia mnie przygnębienie, bo to ostatnie dni w Malawi. Niebawem przekroczymy granicę z Tanzanią. Jak zawsze w takich chwilach, nurtuje mnie pytanie, czy dane mi będzie jeszcze kiedyś tu wrócić?
Miejscowy kamping obsługuje zorganizowane safari „białoskarpetkowców”, więc jest dość drogi. W tej sytuacji kręcimy się po miasteczku, w poszukiwaniu dogodnego miejsca na biwak, ale nic fajnego nie wpada nam w oko. W tej sytuacji postanawiamy jechać dalej.

Czitimba – Czilumba 27 km – 1,58 godz.

Zgodnie z zaleceniem jednego z tubylców skracamy nieco drogę, skręcając w polną dróżkę w miasteczku Uliwa. Pozwala nam to szybsze dotarcie do portowej wioski Czilumba. W centrum, po obu stronach głównej ulicy dochodzącej do portu stoją cysterny czekające na przeładunek. Na zabudowę składa się ciąg sklepików, jadłodajni i budyneczków o najrozmaitszym przeznaczeniu. Wszystko jest jakieś malutkie, niziutkie i przywodzi na myśl miasteczko westernowe. Na końcu wsi, na skrawku maleńkiej plaży znajduje się rybne targowisko. Na ustawionych do góry dnem łódkach leżą łowione na bieżąco małe rybki. Po przeciwnej stronie mieści się targ warzywno-przemysłowy.



Kwaterujemy się w jednym z czterech hoteli, gdzie przydzielają nam pokój o szumnej nazwie „Special Room number 1”. Żaden on tam „special” nie jest i składa się z tak wielkiego łóżka, że nie idzie otworzyć drzwi. Można zapomnieć o wprowadzeniu rowerów, a i wchodzić trzeba gęsiego. Toaleta, tradycyjna, czyli wychodek w kukurydzianym polu i to o dość wymyślnej konstrukcji, która zakłada otwory we wszystkich czterech ścianach, umiejscowione dokładnie na wysokości oczu człowieka załatwiającego swą potrzebę. Do tego nie zamykają się drzwi! A więc każda „operacja siku” kosztuje mnie sporą dawkę adrenaliny. Jedną ręką trzymam wejście, drugą zasłaniam otwory od strony hotelowego ganku, gdzie zawsze przesiaduje gromadka dzieci. W między czasie muszę odganiać insekty, które tłumnie koczują w takich miejscach i rozglądać się, czy ktoś nie nadciąga. Kabina prysznicowa stoi tuż obok i jest tak niska, że kiedy stoję wystaje mi głowa. Mam bynajmniej pole do obserwacji!
Nasz hotel nie dysponuje restauracją, więc żywimy się dwa domy dalej. Tu pod słomianą wiatą serwują smaczne posiłki w postaci ryżu, kaszy, ryb i liści dyni.
Szybko rozchodzi się wieść o naszym pobycie we wiosce. Dzieci po powrocie ze szkoły odwiedzają nas licznie na ganku naszego special room’u. Wszyscy chcą dotknąć rowerów. Kupujemy na targu duży zeszyt i urządzamy zajęcia z origami. Z każdą chwilą powiększa się liczba „kursantów”, którą rozprasza ostatecznie wieczorna ulewa.

niedziela, 17 marca 2013

Vwaza


Z Dziennika z podróży po Afryce.

Dzień 130.

Malawi - cz.12

Rumphi – Kazuni


Wstaję daleko przed świtem. Krzysiek już nie śpi. Łata dętki przed namiotem.
Postanawiam sprawdzić, czy nie dałoby rady okroić mojego ekwipunku, bo rower zrobił się stanowczo za ciężki. Wspominałam, że od kilku dni jedzie z nami uroczy hipopotam z czerwonego drewna?
Sprzedawca w postaci dziwacznie ubranego siwego Afrykańczyka w dużych przeciwsłonecznych okularach, wypatrzył nas podczas posiłku w jednej z jadłodajni. Jego nonszalancki ubiór, jak i cała postura przywodziła na myśl szamana i wielkiej muchy w jednym. Bez słowa postawił przed nami różową torbę z ortalionu, którą wypełniała sterta czerwonych figurek z drzewa manganowego. Po krótkiej autoprezentacji, zaczął snuć ciekawe opowieści o przyniesionych figurkach. Z każdym z drewnianych zwierzątek wiązała się inna historia, której celem było zapewne, chwycenie za serce potencjalnych klientów. Opowiastki były jednak tak barwne i przekonywujące, iż chciało się ich słuchać z otwartymi ustami. W tym ostatnim przeszkadzała nam jedynie kasza. Między talerzami wyrosła w końcu pokaźna figurka hipopotama.
- Wiąże się z nią z taka oto legenda: – zaczął nasz rozmówca.
- Kiedy Bóg stworzył już wszystkie zwierzęta, pozostały mu cztery nie pasujące do niczego, krótkie nóżki, ciężki, tłusty tułów, maleńkie uszka, para równie maleńkich oczu, krótki ogonek oraz wielka niekształtna głowa. Szkoda było Panu Bogu zmarnować tyle gotowych już części, więc zdecydował się ulepić z nich ostatnie zwierzę.
No i jak było oprzeć się pękatej figurce tłuściutkiego hipcia? Za zakupem przemawiała jeszcze jego głupia mina z maślanymi oczkami.


Opróżniam sakwę z rzeczy osobistych. Ta podróż najwyraźniej uczy mnie minimalizmu! Razem z tym, co mam na sobie dysponuję: dwiema podkoszulki, jedną parą spodni krótkich, jedną długich, parą sandałów, parą zamszowych butów za kostkę do ubrania w zetknięciu z pustynią lub dżunglą, jeden polar, dwa komplety bielizny, czapka od słońca, kurtka przeciwdeszczowa, szczotka do zębów, śpiwór, aluminiowa menażka i kubek oraz łyżka z widelcem złączone trzonkami. Ach, ile razy marzy mi się ich wyjęcie w przydrożnych jadłodajniach! Nie czynię tego jednak przez wzgląd na szacunek do lokalnego zwyczaju jadania łapskami.
Widelec świetnie sprawdza się za to w roli… grzebienia! Nie żeby moja fryzura wymagała codziennego czesania! Raz na jakiś czas potrzebuje jednak strzyżenia, co z dużą zręcznością jest w stanie uczynić Krzysiek i to właśnie z użyciem widelca oraz mini nożyczek.

Po wizji lokalnej, z przykrością stwierdzam, iż nie da się ograniczyć ilości mojego bagażu.

Dziś jest dzień, w którym wyruszamy do rezerwatu Vwaza – jedynego w Malawi, jaki dopuszcza ruch bezsamochodowy. Jako, że przewodnik nie podaje zbyt szczegółowych informacji, do dyspozycji mamy schematyczny szkic trasy wyrysowany poprzedniego wieczoru przez Malawijczyka imieniem Saymon. Wiemy tylko tyle, że najpierw musimy dojechać do wioski Kazuni.
Droga polna, dziurawa i błotnista. Koła grzęzną i zapadają się w glinie. Chwilami trzeba prowadzić. Wolę nie patrzeć, jak wyglądają moje stopy! Błoto przylepione do skóry szybko zasycha i tworzy sztywną powłokę. Obrzydliwe uczucie!
Po 11 km naszym oczom ukazuje się drogowskaz upewniający nas, że jedziemy w dobrym kierunku. Teraz pozostaje jedynie pokonać odcinek z Kazuni do rezerwatu. Informacje, co do jego długości, jakie uzyskujemy wśród tubylców, są dość rozbieżne. Jedni twierdzą, że to 15 km, inni, że 40. Rekordem jest dystans 65 km!
Nie lubię jechać, gdy nie wiem, ile kilometrów mam do pokonania. Taki stan wyraźnie obniża moje tempo.
Ostatecznie po 35 km dojeżdżamy do rezerwatu Vwaza. Oferta noclegowa obejmuje luksusowe chatki przystosowane do potrzeb dochodowych safari oraz spartańskie miejsca kampingowe. Poprzestajemy oczywiście na własnym namiocie, który rozbijamy w szczerym buszu, tuż nad przepięknym jeziorem Kazuni.
Pośrodku zbiornika widać wystające z wody błyszczące głowy hipopotamów. Ukryci w gęstwinie delektujemy się widokami afrykańskiej przyrody. Ciszę wypełnioną bzyczeniem owadów zakłócają hipopotamie ryki i pląsy. Znudzone całodziennym wylegiwaniem, najwyraźniej postanawiają dostarczyć swym ciężkim cielskom odrobiny ruchu. To, dla odmiany odstrasza stada długonogich czapli, które przerywając ucztę w płytkich wodach wybrzeża, uciekają na korony pobliskich drzew. Po krótkim czasie jednak wracają i tak na okrągło.

Promienie zachodzącego słońca rozświetlają taflę jeziora czerwonym blaskiem. Jesteśmy oczarowani. Cała okolica, jak zaczarowana, zmienia się w wielki podniebny amfiteatr. Rozbrzmiewają pierwsze dźwięki afrykańskiej nocy. Oprócz przedstawicieli afrykańskiej fauny, jesteśmy jedynymi żywymi istotami w tym miejscu. Obsługa kampingu najwyraźniej skończyła pracę.
Jest miło. Na kuchence gotuje się fasola. Lampę naftową zawieszamy nad drzewie, przez co chmary owadów zamiast przy nas, gromadzą się przy niej.
O zmroku czuję się, jak na koncercie. Wraz z zapaleniem tysiąca gwiezdnych reflektorów, natura raczy nas występami cykad, który przygrywają solowym występom hipopotamów.
Tej chwili nie zapomnę do końca życia. 

piątek, 15 marca 2013

Kukurydziany wychodek


Malawi - cz. 11


Mzuzu – Rumphi.

Wyruszamy o świcie. Droga jest prosta, więc tempo mamy dobre. W maleńkiej wiosce Enukweny robimy przerwę na n’shimę (kasza) z wołowiną i czymś przypominającym szpinak. Sztućców brak. Na stolikach stoją miski z wodą do obmycia rąk. Jej zabarwienie oraz oczka rosołowe pływające po powierzchni nie zachęcają do skorzystania z rytuału.
Kasza przelatuje nam przez palce, co wywołuje salwy śmiechu wśród zebranych. Od samego początku stanowimy wydarzenie dnia, a może i tygodnia, więc jesteśmy na celowniku opinii. Wołowina jest potwornie twarda i żylasta. Ta krowa musiała chyba mieć ze sto lat!
Nieopodal jadłodajni napotykamy na stoisko rzeźnika, gdzie na gwoździu w promieniach południowego słońca, dynda sobie sztuka mięsa. Klienci w myśl zasad samoobsługi odcinają sobie upatrzony kawałek i podają sprzedawcy, który ciacha go na gulasz. Much co nie miara, ale nie jesteśmy zszokowani, bo to nie pierwszy mięsny na naszej trasie. Wiszące na słońcu mięso wytwarza z osocza swoistą powłokę, która zabezpiecza je przed słońcem i muchami. Przed użyciem trzeba je tylko dobrze obmyć i można stosować bez obaw. W zapachu nie różni się od tego, jakie w Polsce kupuje się z chłodniczych lad. Pod warunkiem, iż nie wisiało na straganie przez trzy dni!
W dalszej drodze coś niedobrego dzieje się z moim żołądkiem. Nie może być to raczej reakcja na obiad, bo minęło niewiele czasu. Zapewne jakaś starsza "sprawa". Muszę pilnie do toalety!  Duże zagęszczenie domostw i pól uprawnych wyklucza „pójścia na stronę”, gdyż wszędzie kręcą się ludzie. Dalsza jazda nie wchodzi jednak w grę. Pytam o toaletę pierwszego lepszego przechodnia. Nie rozumie po angielsku. Tłumaczę, więc na tyle obrazowo, że wskazuje mi drogę do małego drewnianego wychodka, położonego w polu kukurydzy. Mieszkańcy okolicznych chatek, zaintrygowani widokiem białej twarzy podążającej ku ich uprawom, postanawiają zgłębić przyczynę niecodziennego zdarzenia. Porzucają swoje zajęcia i biegną za mną.

wtorek, 12 marca 2013

Mzuzu


124 dzień podróży przez Afrykę.
Malawi - cz. 10

Nakhata Bay – Mzuzu.
52 km – 5,5 godz.


Do rozwidlenia na Mzuzu droga wiedzie pod górę. Potem w dół i znów prosto po dnie rozległej doliny. Ruch samochodowy znikomy. Rowerowy też znacznie się zmniejszył. Najczęściej spotykamy pieszych, którzy przemieszczają się między wioskami. W większości to kobiety od stóp do głów owinięte khanga’mi (kolorowymi płótnami, które równie dobrze sprawdzają się w roli turbanów na głowę i chust do noszenia dzieci), niosące na głowach różnego rodzaju sprawunki. To one odpowiadają też za dostarczanie do wioski wody, którą pompuje się do wiader ze studni umieszczonych co kilkanaście kilometrów. Wiadra oczywiście też na głowach! Dziś niedziela. Mężczyźni generalnie zajęci są nicnierobieniem. Spore grupki przesiadują tu i ówdzie grając w Bau. Słychać śpiewy i rytmy bębnów, które dobiegają nas kościołów różnych wyznań, jakie ukrywają się w gęstwinie bujnej roślinności. Malawi obfituje w placówki misyjne rozmaitych krajów i religii. W wiosce Mpamba natrafiamy parterowy budyneczek, który pełni funkcję kościoła rzymsko-katolickiego. Z braku kapłana odbywa się właśnie nabożeństwo liturgiczne prowadzone przez świeckich. Polega ono na odczytywaniu fragmentów Pisma św. i śpiewaniu pieśni w języku cziczeła.
Ostatnie 25 km, to na tyle solidny podjazd, że momentami musimy prowadzić objuczone rowery. Po dojechaniu do Mzuzu oddychamy z ulgą, że to koniec jazdy na dziś. Rozbijamy namiot na terenie misji kościoła prezbiteriańskiego.
Miasteczko, drugie co do wielkości w Malawi, jest czyste i zadbane. Dobrze utrzymana zabudowa, wśród której ulokowały się banki, sklepiki, dwie apteki, a nawet kawiarenka internetowa! Po za tym tradycyjne kramy ze wszystkim i liczne targowiska z żywnością.


Jak wszędzie dotąd, także i tutaj „zwala nas” z nóg miejscowy oddział telekomunikacji. Na pytanie: - Ile kosztuje wysłanie faxu do Polski? Słyszymy w odpowiedzi: - To jest Telekom i faxów się stąd nie wysyła! TaakPróbujemy, zatem szczęścia w budce telefonicznej, ale automat pożera impulsy podczas nadawania informacji, że nie ma takiego numeru
W żadnym ze sklepów nie ma papieru toaletowego, podpasek ani dezodorantów, na które polujemy od dłuższego czasu. A skoro w Mzuzu nie ma, to raczej już nigdzie nie będzie, a nasze zapasy właśnie się skończyły… Sprawa nie wygląda różowo, bo zanosi się na wycieranie pupy roślinnością… Dezodorant raczej też byłby wskazany, że o podpaskach nie wspomnę… W aptece udaje mi się dostać paczkę waty.
Wieczorem oddajemy się partyjkom Bau z panem kościelnym. Na ogniu pieką się banany.

Międzynarodowa karta na lokalne połączenia


Dziennik z półrocznej podróży po Afryce.

Malawi - cz. 9
19-20 stycznia. Nakhata Bay.

Nakhata Bay to dziwaczne miejsce składające się głównie z wielonarodowej mieszanki turystów i podróżników. Z tego powodu jest dosyć drogo i nie zawsze uczciwie. Taka już chyba domena kurortów na całym świecie, że zwykle bywają przereklamowane i nie mają w sobie magii. Mimo szczerych chęci nie udaje nam się odnaleźć polecanych w folderach złotych „karaibskich” plaż. Zamiast tego przypada nam do gustu maleńka knajpka na obrzeżach miasta, gdzie postanawiamy się stołować. Miły właściciel, kucharz i kelner w jednym przygotowuje nam smaczne i syte posiłki, które kosztują nas niecałego dolara amerykańskiego za porcję. Zważywszy na fakt, iż jesteśmy jedynymi białymi gębami stołującymi się w tej jadłodajni, właściciel jest dla wręcz usłużny, co wprawia nas w zakłopotanie.  Dogadza nam urozmaiconą dietą i za każdym razem dopytuje, co też mógłby przygotować na następny posiłek? Gotuje wspaniale i raczy nas kombinacjami dań na bazie ryżu, pieczonych ziemniaków, ryb i wszelkiej maści dodatków od zasmażanych pomidorów po szpinak.
Ze względu na dwudniowy odpoczynek postanawiamy nadrobić zaległości w praniu, konserwacji rowerów i kontakcie z rodziną.
W miasteczku znajduje się tylko jeden automat telefoniczny na kartę. Panie w urzędzie telekomunikacyjnym za wszelką cenę usiłują nas przekonać, iż międzynarodowa karta NIE służy do międzynarodowych rozmów i można ją używać jedynie do połączeń lokalnych. Ignorując grzecznie niedorzeczną informację, dokonujemy zakupu karty za 100 kwaczy i ponownie udajemy się od budki. Telefon okazuje się zepsuty na połączenia międzynarodowe, co tłumaczy zachowanie pań z Telekomu. Lokalne rozmowy można wykonywać bez problemu, o czym świadczą tubylcy, którzy „gadają” bez końca.
Nad centrum kurortu przedkładamy nasze lokum na skałkach, dlatego spędzamy w nim najwięcej czasu. Wypożyczamy z recepcji kilka gazet.  
Kolejnego dnia rano postanawiamy „powalczyć” z automatem telefonicznym. Jest znacznie lepiej. Nawiązujemy połączenie z Polską! Niestety w dość specyficzny sposób, bo rodzina nas nie słyszy, my ją tak, a na dodatek nie zużywają się impulsy z karty.

poniedziałek, 11 marca 2013

Bilharcjoza


121 dzień podróży.

Matete – Nakhata Bay. 78 km w 6 godz. i 34 min.
Malawi - cz. 8
Ze snu budzą nas czyjeś kroki i głosy. Raz się oddalają, to znów przybliżają. Najwyraźniej ktoś chodzi ścieżką łączącą jezioro z kampingiem, jaka wiedzie obok naszego namiotu. Wystawiamy głowy. Ledwie się rozwidnia. Naszym oczom ukazuje się kucharz ze stróżem, którzy taszczą znad jeziora wiadra z wodą. Po dwa każdy. Poranek jest dosyć zimny. Postanawiamy zdrzemnąć się jeszcze chwilę. Pakujemy się do śpiworów. Kroki znów się przybliżają. – Ale po co im tyle tej wody?! – mówię do zaspanego Krzyśka. – Prysznice pewnie napełniają – mruczy nieprzytomnie. – Co?! – wykrzykujemy jednogłośnie. Sen odchodzi, jak ręką odjąć. W jednej sekundzie wyskakujemy z namiotu i obserwujemy trasę transportu wody. Rzeczywiście, jeden wchodzi na drabinę, a drugi podaje mu wiadra, zawartość których zasila beczki nad prysznicami. Włosy stają nam dęba. To my przez cały podróż, stosując się do zaleceń lekarzy, unikamy kontaktu z wodą stojącą, by w stu dwudziestym dniu wykąpać się w jeziorze?! Nie mogę się nadziwić naszej głupocie! Czy tak trudno było wpaść na pomysł, skąd mogą tu czerpać tę cholerną wodę?! Przecież nie dotarła tu żadna cywilizacja! Fakt, można było przypuszczać, że beczki na drzewach napełniają się deszczówką, co w porze deszczowej nie byłoby rzeczą naturalną, ale szczerze mówiąc myśmy ani przez chwilę, nie zastanawiali się nad zawartością prysznicowych beczek!
W Afryce i paru innych rejonach świata należy bezwzględnie unikać kontaktu z wodami stojącymi, to znaczy stawami czy jeziorami, gdyż można w nich zarazić się bilharcjozą. Krótko mówiąc jest to poważna czasem nawet śmiertelna tropikalna choroba pasożytnicza wywołana larwą przywry, która przenika do krwioobiegu człowieka, atakując wątrobę.
Już czuję te larwy, które się we mnie rozmnażają! Chyba popadnę w paranoję!
Nie mam humoru. Pakujemy się w milczeniu.
Zamierzamy dziś nocować w drewnianym domku, jaki malowniczo opisują karty przewodnika. Ruszamy w drogę wraz ze wschodem słońca. Nadal jest chłodnawo, więc jedziemy szybkim tempem, przez co w mgnieniu oka jesteśmy na miejscu. Bez problemu odnajdujemy domek leżący wśród bujnej zieleni nieopodal jeziora. Rzeczywiście okolica piękna! Domek też, tylko, jak informuje nas łamaną angielszczyzną połączoną z cziczewa pewien tubylec, klucze do niego należy odebrać w… stolicy! Tam też należy uregulować płatności za pobyt. Super! Rozważamy możliwość rozbicia namiotu nieopodal naszej niedoszłej kwatery, ale szybko odwodzimy się od tego pomysłu, gdyż marzymy o kąpieli w bieżącej wodzie!
Przez kolejne kilometry jedziemy pod górę. Mam dość. Zarzekam się, że już nigdy więcej nie wpadnę na durny pomysł, ruszenia w rowerową podróż dokądkolwiek!  Klnę w myślach na czym świat stoi. Jeszcze chwila, rzucę rower, zaprę się jak osioł i nie zrobię ani kroku dalej. Będę tu siedzieć na poboczu i czekać na luksusowy dżip z turystami w białych skarpetkach. Tak! Następnym razem pojadę na zorganizowane safari, gdzie mnie wszędzie zawiozą, nakarmią, a przede wszystkim zakwaterują w miejscach z wodą w kranie! Będą się nade mną rozczulać, chronić przed komarami i w ogóle! Albo nie! Wykupię wakacje all inclusive, będę leżeć na leżaku i sączyć podstawiane pod nos soki. No właśnie! Tak robią normalni cywilizowani ludzie! A my? Co nam strzeliło do tych głupich łbów?! Kto powiedział, że białe skarpetki są złe?!


Z filozoficznych rozmyślań, których wstydzę się sama przed sobą, wyrywa mnie rozwidlenie dróg na Mzuzu i Nakhata Bay. Oznaką, że zbliżamy się do głównego kurortu turystycznego Malawi, są liczne kramy z pamiątkami. Nie mogę w to uwierzyć, ale w jednym z kramów z rękodziełem, decydujemy się na zakup… dwóch rzeźbionych krzeseł!!! Zgoda, są składane, ale ważą, co niemiara. I co z tego! Są piękne i oboje wiemy, że musimy je mieć! To nic, że niedawno kupiliśmy dechę do Bau.
Mamy ze sobą zapas sznurka, którym mocujemy do rowerów nowy nabytek. Sprzedawca czuje niedosyt i sugeruje wymianę wspaniałej makondy na nasze podkoszulki i kurtki przeciwdeszczowe. Pokusa jest duża, ale po pierwsze, jak będziemy podróżować z metrową rzeźbą, a po drugie pora deszczowa trwa. O koszulkach w ogóle nie ma mowy, bo ich stan liczebny został już solidnie uszczuplony przy okazji zakupu botswańskiej kuchni.
Odjeżdżamy szybko, bo w zetknięciu z afrykańskim rękodziełem jesteśmy nieprzewidywalni!
Po pięciu kilometrach łagodnego zjazdu naszym oczom ukazuje się Nakhata Bay. Kwaterujemy się w południowej części miasteczka, na skalistym brzegu jeziora Niasa, wytyczonym przez malowniczą zatokę.
Rozbijamy namiot w najwyżej położnej części campingu, skąd rozciera się wspaniały widok na całą zatoczkę i przeciwległe wzgórza.
Leżę w namiocie i podziwiam krajobraz. Przed oczyma majaczą mi maleńkie łódeczki rybaków. Jestem szczęśliwa. Wstydzę się porannych chwil zwątpienia.

Pełen luksus


Matete. Jezioro Niasa.
Malawi – cz. 7

Cały słoneczny, na szczęście, poranek upływa nam na suszeniu zawartości sakw. Lokalnym zwyczajem suszymy bez użycia sznurka, w rezultacie czego, nasze dobytek pokrywa wkrótce całą szerokość przylegającej do plaży niewielkiej łączki. Słońce grzeje mocno, więc możemy oddać pożyczone wczoraj koce.
Nasz camping to miłe miejsce o spartańskich warunkach. Nie ma elektryczności, woda pitna znajduje się w plastikowym baniaku w zadaszonej świetlicy, a kuchnia przyrządza posiłki na otwartym ogniu. Swoistą „atrakcję” stanowią prysznice na wolnym powietrzu, obudowane jedynie słomianymi matami, które wodę czerpią z zawieszonych na gałęziach beczek. Toalety równie oryginalne, bo wodę spuszcza się w nich plastikową miską, która z racji swojej lokalizacji na gałęzi nad ścianką działową, „obsługuje” oba „przybytki”. 
Spędzamy leniwy dzień, którego większa część upływa nam na czytaniu. Już dawno nie oddawałam się żadnej lekturze. Nie licząc przewodników i map, ale te traktuję raczej, jako prasę codzienną, gdyż nie ma dnia, byśmy przy śniadaniu nie przelecieli kilku stronic. Trasę mamy, co prawda, szczegółowo opracowaną, ale rzeczywistość pokazuje, iż wymaga ona weryfikacji na bieżąco. Kampingowa świetlica dysponuje pokaźną wielojęzykową biblioteką. Większość pozycji pozostawili tu turyści, o czym świadczą wszelkiego rodzaju notatki i dedykacje. Zagłębiam się w wiktoriańskim romansie. Nie zdążę go przeczytać w całości, ale po tak długim czasie intelektualnego postu, to miła odmiana rzeczywistości.
Kuchnia przygotowuje obiad i herbatę. Gotowanie posiłków i wody w Malawi zazwyczaj odbywa się bezpośrednio nad ogniskiem, tak więc wokół unosi się charakterystyczny zapach tlącego się drewna.
Słońce świeci przez cały dzień. Nasz dobytek wysycha na pieprz. Bierzemy prysznic nim zajdzie słońce, bo kucharz zapowiada zimną noc.
Idziemy spać w suchych śpiworach! To się nazywa luksus!

niedziela, 10 marca 2013

Do suchej nitki

Malawi - cz. 6
Dzień 119. Styczeń. Sani Village – N’Gala Beach.
96 km - czas przejazdu z przerwami 6 godzin 28 minut.

Przez całą drogę pogoda zmienia się co godzinę. Raz leje, raz wychodzi słońce, więc stosownie do aury ściągamy lub ubieramy kurtki przeciwdeszczowe.
Krajobraz podczas jazdy nie odbiega od tego z poprzednich dni, a więc pola kukurydzy i chatki. Od czasu do czasu większe ich skupiska ze sklepem lub małym targowiskiem. Mijamy też kilka budyneczków z szumną nazwą - RESTAURANT, ale serwują w nich głównie herbatę.


No i liczne sklepiki GROCERY, których nazwa nie gwarantuje branży spożywczej. Czasami GROCERY okazuje się, bowiem sklepem chemicznym, czasem można tu dostać jedynie papierosy i Colę, a niekiedy artykuły papiernicze i metalowe.


Piętnaście kilometrów przed miejscem docelowym zatrzymujemy się w milutkiej wiosce D’wanga, gdzie w przydrożnym straganie zjadamy dwie porcje fasoli z frytkami prosto z ogniska.
Na miejscu okazuje się, że miejsce, w które planowaliśmy zanocować oferuje piękne widoki z drewnianego tarasu, ciepłą wodę w prysznicach i cenę tak wysoką, że nie stać nas na jej zapłacenie.
Ruszamy dalej do Matete. Nazwa ładna, ale do pokonania pozostaje kolejne 59 km…

N’Gala Beach – Matete. 3 i pół godziny jazdy.

Kierujemy się na północ. Leje tak mocno, że ulice stoją w wodzie. W strugach deszczu dojeżdżamy do zerwanego mostu. Stoimy na krawędzi asfaltu. Przed nami rozpościera się ogromna wyrwa z rwącą rzeką. Widać podmyte betonowe słupy, które do dziś podtrzymywały most. Nad przepaścią zwisa ciężarówka, w niewiarygodny sposób zaczepiona tylnimi kołami o rów powstały w asfalcie. Sugerowany objazd nie wchodzi w grę, gdyż w znaczny sposób opóźniłby naszą afrykańską podróż.
W mgnieniu oka okrążają nas ludzie oferujący pomoc w przeprawie na drugą stronę. Nie wiemy, co robić. Boję się, bo rzeka wygląda na głęboką. Do tego przeraża mnie jej wartki nurt. O ile potrafię jeszcze wyobrazić sobie przetransportowanie własnej osoby, o tyle nie mam pomysłu na rower i sakwy. Przywołuję się do porządku. Nie będziemy przecież tkwić tu w nieskończoność. Każdy z licznie zgromadzonych tubylców ma własną wizję naszej przeprawy. Początkowo prowadzimy nasze „wielbłądy” brzegiem wąskiego wodospadu. Sakwy momentalnie nasiąkają wodą, co zwiększa ich ciężar. Ostatecznie odczepiamy część bagażu. Po dwoje mężczyzn bierze rowery, a inni kładą sobie na głowy zdjęte sakwy i ruszają przed nami. Radzą nam zdjąć spodnie. Nie! Rozumiem grozę naszego położenia, ale nie będę paradować w gaciach przed dwudziestką chłopa. Trzymając się za ręce idziemy gęsiego. Z każdym krokiem robi się głębiej. Podwijam nogawki do granic możliwości, ale na niewiele się to zdaje, bo jeszcze kilka kroków i woda sięga do pasa. Zaczyna lać. Poziom ciągle się podnosi, a na dodatek czuję coraz większą siłę nurtu. Nie umiem pływać. Zaczynam wpadać w panikę. Jakiś starszy mężczyzna idzie nam naprzeciw i wyciąga do mnie rękę. Krzyczy coś o niebezpieczeństwie. W tym samym czasie zahaczam stopą o jakąś przeszkodę. Z wody sterczą żeliwne pręty. Zapewne pozostałości po umocnieniu linii brzegowej. Utrudniają przejście. Ktoś za nami pociesza, że już niedaleko. W istocie, robi się płyciej. Wydostajemy się na brzeg. Mam rozciętą łydkę, ale rana na szczęście jest powierzchowna. Nie wiemy jak dziękować naszym wybawcom. Sami nie dalibyśmy rady. Zostawiamy im trochę Kwaczy.

Wyglądamy jak siedem nieszczęść. Nadal leje, ale ubieranie kurtek przeciwdeszczowych nie ma sensu. Zresztą i tak są mokre. Musimy jak najprędzej znaleźć nocleg.
Po godzinie wreszcie się rozpogadza. Uśmiechamy się do słońca, które niebawem zacznie zachodzić. Spostrzegamy na całej szerokości drogi tłum kolorowo ubranych kobiet. Zawodzą ni to płaczem, ni śmiechem. Za nimi widać grupę ubranych w białe koszule mężczyzn. Idą w milczeniu zwartą grupą. Nikt się do nas nie uśmiecha, nie macha, nie zagaduje, co trochę nas dziwi, bo to raczej niespotykana tu sytuacja. Kiedy podjeżdżamy bliżej rozstępują się, by nas przepuścić. Zauważamy zrobione z gałęzi i płótna nosze, a na nich czyjeś zwłoki owinięte w kolorowe tkaniny. Za mężczyznami biegnie garstka kobiet i przeraźliwie krzyczy.  Ludzie wychodzą przed chaty. Zdajemy sobie sprawę, iż uczestniczymy żałobnym korowodzie. Dość wrażeń, jak na jeden dzień.
Opadam z sił, ale zaciskam zęby i pedałuję. Chcę, jak najszybciej przebrać się w coś suchego, o ile zdołam coś takiego znaleźć!
Wraz z zachodem słońca docieramy do wioski Matete, gdzie 2,5 km od głównej trasy, rozbijamy namiot tuż plaży należącej do Mwaya Beach Camp.
Namiot jest suchy, ale śmierdzi stęchlizną. To zapewne efekt ostatnich deszczy, po których nie nadąża wysychać. Śpiwory mokre, reszta rzeczy też, bo o ile, dzięki naszym pomocnikom, nie zdołały zamoknąć podczas przeprawy przez rzekę, to nie zdołały oprzeć się dzisiejszym ulewom.
Zarządcy campingu, którego jesteśmy jedynymi gośćmi pożyczają nam koce. Ledwie żywi zjadamy fasolę z puszki. Wodę na herbatę gotujemy na ognisku, bo knot w naszej botswańskiej kuchence również zamókł. Mokre drewno tli się i daje mnóstwo dymu. W efekcie herbata smakuje wędzonką, ale działa kojąco na zmęczone, zziębnięte ciało. Owinięci w koce siedzimy w cieplutkim namiocie. Noc jest dość ciepła, ale dzisiejsza przeprawa znacząco nas wyziębiła. Patrzymy na spokojną toń jeziora. Słychać odgłosy nocy, której niezwykłość potęguje wesoły, jak zawsze płomyczek lampy naftowej. Chociaż „ktoś” nie dał się wodzie! Cieszę się, że dzisiejszy dzień dobiega końca. Cieszę się też, że jestem tu i teraz.

Trzeci wódz

Dziennik z podróży. Afryka.


Malawi - cz. 5


Sani Village. 118 dzień podróży. Styczeń.


Większość część dnia zajmuje nam obserwacja pracy rybaków i ich żon, których życie skupia się nad wodami jeziora. Małe łódeczki wywożą sieci na głęboką wodę, by przez kolejne godziny kilkunastu mężczyzn ustawionych w rzędzie jeden za drugim, przyciągało je mozolnie do brzegu. Całemu zajęciu, które na pierwszy rzut oka wygląda jak zawody w przeciąganiu liny, towarzyszą głośne rozmowy, wzajemne upomnienia i nawoływania. W tym samym czasie kobiety i dziewczynki również łowią ryby, tyle że w swoim gronie i za pomocą odrębnych sieci. Grupkami brodzą nieopodal brzegu, przeciągając zwoje sieci z jednego miejsca w drugie. Podziwiamy ich wprawę i zręczność.
Efekty połowów są różne. Czasami trafia się wielka ryba, ale przeważnie maleńkie „szproteczki”. Te ostatnie lądują potem na słońcu, by przejść „proces” suszenia. Czasami zamiast na słońce trafiają na głęboki olej stanowiąc lokalny przysmak.
Miejscowy sklepik oferuje szeroką gamę papierosów i mydeł. O artykułach spożywczych możemy zapomnieć. Znowu zanosi się na kukurydzę i ziemniaki! Wybieramy się na spacer po okolicy. Poznajemy trzeciego, jak nam się przedstawia, wodza wioski imieniem Czambo. Jest młody i wystrojony w białe adidasy i czapkę z daszkiem. Bardziej przywodzi mi na myśl gracza w turnieju tenisowym, niż wodza wioseczki w samym sercu Afryki, ale jest bardzo uprzejmy. Zresztą większość spotykanych na trasie ludzi okazuje się niezwykle pomocna i serdeczna. Nie spodziewaliśmy się aż tak miłego przyjęcia ze strony tubylców.
Czambo zaprasza nas na ganek swojej chaty i udziela podstaw języka Cziczewa. Języki się plączą, ale jest wesoło. Potem przychodzi czas na lekcję gry w Bau. Bau to drewniana deska z wydrążonymi trzydziestoma dwoma otworami. Do gry używamy sześćdziesięciu czterech ziaren fasoli, które przerzucamy z otworu do otworu według określonych zasad. Gra wciąga nas do tego stopnia, że spędzamy nad nią większą część popołudnia. Gramy na zmianę z wodzem, jego liczną rodziną i między sobą. Po kilkunastu partyjkach wiemy, że nie opuścimy Malawi, nim nie kupimy sobie takiej dechy na własność. To nic, że jesteśmy ograniczeni, co do wożenia bagażu. Kupię Bau, nawet jakbym miała przewozić je kosztem i tak już szczątkowych rzeczy osobistych! Zresztą nasze rowery od dawna już wyglądają niczym objuczone wielbłądy. Zakupione tu i ówdzie pamiątki z podróży nie mieszczą się w sakwach, dlatego przywiązujemy je na zewnątrz. Najmniej wygodne do przewożenia okazują się trzy samochody terenowe z trzciny, jakim niedawno nie zdołaliśmy się oprzeć.
Na pożegnanie otrzymujemy od trzeciego wodza worek smażonych rybek, gigantycznego ananasa i zaproszenie na kolację. Umawiamy się na wieczór.


Chata Czamba leży wśród gęstwiny palm. Po drodze mijamy małe słomiane obejścia, przy których toczy się codzienne życie ich mieszkańców. O zachodzie słońca wioska jest pełna ludzi. Na nasz widok starsi mężczyźni przerywają swe partyjki Bau, by w bezzębnym uśmiechu pozdrowić nas malawijskim: - Mulibwandżi?[1], na co zgodnie odpowiadamy wyuczonym: - Tilibłino![2]
Przed większością chat tlą się ogniska, przy których owinięte kolorowymi khanga’mi kobiety przyrządzają wieczorny posiłek. Przy jednym z gospodarstw dwie młode dziewczyny zajęte są ucieraniem kasawy. Tłuczona w wielkim drewnianym moździerzu, przybiera ona postać tradycyjnej malawijskiej mąki. Po jakimś czasie przyłącza się do nas grupka rozkrzyczanych brzdąców. Przez chwilę toczą między sobą spór zakończony powtórzoną czterokrotnie wyliczanką. W ten sposób los wyznacza czwórkę dumnych przedstawicieli, którzy w jednej sekundzie wciskają w nasze dłonie cieplutkie, lepki łapki, by przez resztę drogi nie odstąpić nas ani na krok.
Przy domu Czamba wita nas drobna niska kobieta z tysiącem cieniutkich warkoczyków upiętych w tyle głowy. Jest to żona gospodarza oraz matka piątki ich dzieci. Po długich powitaniach kudłate urwisy Czamba siłą wyciągają nam dłoni rączki przybyłych z nami dzieci i same zajmują ich miejsca.
Podczas oczekiwania na kolację zostajemy przedstawieni kilku starszym mężczyznom, którzy ze względu na swe liczne i dość skomplikowane imiona, są w stanie zapisać się w naszej pamięci, pod ogólną nazwą Starszyzny Wioski.
Na kolację podano kaszę z manioku, sałatkę z gotowanych liści dyni i rybę przyrządzoną w pomidorach. Zgodnie z malawijskim zwyczajem jemy rękoma. Przed posiłkiem gospodyni podchodzi do zebranych z wodą w misce, w której należy obmyć palce. Brak sztućców najdotkliwiej odczuwamy przy spożywaniu kaszy, którą należy formować w kulki. Idzie nam fatalnie. Papka rozchodzi się między palcami i spada. Przy takim wieczorze, żadne usterki techniczne nie są jednak w stanie wyprowadzić nas z równowagi. Chłoniemy magię miejsca i afrykańskiej nocy.




[1] Mulibwandżi? – powitanie w języku Cziczewa. Oznacza:  Jak się macie?
[2] Tilibłino! – Mamy się dobrze.

Damka marki Honda

Malawi - cz. 4

Senga Bay – Salima. 23 km. Styczeń.


Jako, że dziś do pokonania mamy nieco ponad dwadzieścia kilometrów, nie śpieszymy się z wyruszeniem w trasę. Słoneczny poranek spędzamy na obserwacji życia we wiosce. Mężczyźni wyruszają na połowy. Kobiety piorą w jeziorze. Inne przynoszą na głowach sterty rondli i naczyń do zmywania. Dzieci pluskają się w wodzie. Ktoś wypasa na plaży krowy. Ciekawe, co one tam jedzą?! Czas płynie wolno. Słychać śmiechy, gwar i wesołe rozmowy. Szybko okazuje się, że starzec wraz ze stadem bydła zjawił się nad brzegiem w celach towarzyskich. Po godzinie pogawędek oddala się na pobliskie łąki. Zazdroszczę tym ludziom sposobu na życie. Bez pośpiechu, gonitwy, od jednego poranka do drugiego. Bez ustawicznej potrzeby gromadzenia niepotrzebnych przedmiotów.

Koło dziewiątej nieśpiesznie ruszamy do Salimy. Tu, postanawiamy poszukać internetu, gdyż mamy zaległości w kontaktach z Polską i relacjach w radio. Po objechaniu całego miasteczka, zatrzymujemy się w solidnie wyglądającej firmie budowlanej. Nasze pytanie wywołuje ogólne poruszenie. W odpowiedzi słyszymy: „- Internetu to w mieście nie ma, ale maile mają w tamtym dużym budynku.” Zbici nieco z tropu, udajemy się do wskazanego obiektu, gdzie znajduje się siedziba malawijskiej telekomunikacji. Niestety faktycznie nie mają tu ani internetu, ale maili też nie! ;o) Po wypisaniu stosownych papierów zaopatrujemy się w kartę do automatu telefonicznego. Za 100 Kwacza udaje nam się dodzwonić do radia i podać numer zwrotny, chociaż sprzedawca kart nie jest pewien, co do powodzenia całej operacji i w trosce o klientów sugeruje zakup trzech kolejnych kart.
Centrum Salimy to kolorowe kramy na zabłoconych ulicach i niekończące się sklepiki Hindusów. Ciekawostkę stanowią lokalne taksówki w postaci rowerów z szerokim siedzeniem zamocowanym w miejscu na bagażnika. Zresztą, jak nigdzie dotąd, rower jest tu bardzo popularnym środkiem transportu. W oczy rzuca się też duża ilość sklepów i warsztatów rowerowych o zróżnicowanym standardzie. Części rowerowe, jak i całe jednoślady oferują zarówno słomiane przydrożne kramiki, jak i duże warsztaty z kilkuosobową obsługą.
Na drogach królują stare damki. Ich właściciele dużą wagę przywiązują do detali. Każdy malawijski rower obowiązkowo wyposażony jest w dzwonek – najlepiej o dziwacznym brzemieniu, okrągłe lusterko lub dwa, błotniki, chlapacze i szeroki bagażnik. Na tym ostatnim często umieszczone są metalowe tabliczki z odręcznym napisem nazw światowych koncernów samochodowych. Najczęściej spotkać można HONDY i TOYOTY.
W jednym z ulicznych straganów, który pełni rolę baru szybkiej obsługi, pieką się na ogniu kolby kukurydzy, kawałki mięs i ziemniaki. Siadamy pod drzewem, gdzie ustawiono kilka stołeczków dla potencjalnych klientów i opychamy się pachnącymi ziemniakami. Na pozostałych krzesłach piętrzą się fury owoców mango.
Po przeciwnej stronie drogi znajduje się ciąg zbitych z desek i krytych słomą kramów oferujących wyroby metalowe i pasmanteryjne na zmianę z papierniczymi
Zaczyna lać. Deszcz zmniejsza płomień ogniska z baru. Cała okolica pachnie wędzonką i afrykańskim powietrzem, które w czasie pory deszczowej nabiera wspaniałej woni, której nie da się opisać słowami.
Salimę traktujemy tranzytowo i gdy tylko się rozwidnia ruszamy do oddalonej o 122 km Nkhotakota.