środa, 16 sierpnia 2017

Pha That Luang czyli Wielka Stupa w Laosie

Pha That Luang czyli Wielka Stupa w Wientiane - stolicy Laosu jest uważana za najważniejszy pomnik i symbol narodowy w tym kraju. Jest to położona w centrum miasta wielka obłożona złotem stupa należąca do całego kompleksu buddyjskich świątyń. Na jego terenie znajduje się także gigantyczny posąg leżącego Buddy. 
Uważa się, iż Pha That Luang powstała w III wieku n.e., początkowo jako świątynia hinduska. Wkrótce miały tu przybyć misje buddyjskie z Imperium Maurów wysłane przez samego cesarza Ashoka i umieścić w stupie relikwie w postaci kości klatki piersiowej samego Buddy.
W XIII wieku miejsce przebudowano na świątynię Khmerów, która z czasem popadła w ruinę.

W połowie wieku XVI król Setthathirat przeniósł swoją stolicę z Luang Prabang do Wientian i w roku 1566 zarządził konstrukcję Pha That Luang. Podstawa miała 69 m długości i 45 wysokości i otoczona została 30 małymi stupami.
W 1641 r. niderlandzki wysłannik agencji East India Company - Gerrit van Wuysoff, odwiedził Wientian i został przyjęty przez króla Sourigna Vongsa w świątyni, gdzie urządzono wielką uroczystość. Pisał on, że był szczególnie pod wrażeniem "ogromnej piramidy, a wierzchołek był pokryty złotym liściem ważącym około tysiąc funtów". Jednakże stupa była wielokrotnie splądrowana przez birmańskich, syjamskich i chińskich barbarzyńców. Phra That Luang ucierpiała też podczas inwazji Tajlandii w roku 1828, która pozostawiła ją mocno uszkodzoną i porzuconą na wiele lat. 
Dopiero w 1900 r. Francuzi usiłowali przywrócić jej oryginalny wygląd na podstawie szczegółowych rysunków z 1867 r. Jednak pierwsza próba nie powiodła się i stupa musiała zostać przeprojektowana, a następnie zrekonstruowana w latach trzydziestych XX wieku. Kolejne zniszczenia odniosła podczas II wojny światowej, po której została odbudowana i taką możemy ją oglądać do dziś.






















wtorek, 15 sierpnia 2017

Migawki z Tunezji

Tunezja wciąż jest popularnym miejscem wakacyjnego wypoczynku. Po stosunkowo krótkim locie można przenieść się do magicznego świata z baśni "Z tysiąca i jednej nocy".
Jeśli przybyliśmy tu na własną rękę i nie jesteśmy związani z programem biura podróży, warto zrezygnować z kilku dni na plaży, by zapuścić się w miejsca, w których czas zatrzymał się w miejscu. 
Oprócz stałych punktów na mapie większości turystów - takich jak: Kartagina, mediny w Sousse i Tunisie, amfiteatr w El-Dżem czy El-Kariouan, warto pokusić się na wyjazd do saharyjskich oaz, do starożytnych ruin w Douga czy biało-niebieskiego miasteczka El-Kariouan.

Oto krótka fotorelacja z włóczęgi po Tunezji:
(Relacja ze szlaku saharyjskich oaz: TUTAJ )































Miejsca w Tunezji wpisane do listy światowego dziedzictwa UNESCO czyli "must have" każdego wielbiciela zabytków: 


- Pozostałości miasta punickiego i rzymskiego w Kartaginie.
- Medyna w Tunisie ze starą zabudową mieszkalną, handlową oraz licznymi meczetami i pałacami.
- Medyna w Sousse. Zespół zabytkowy (resztki budowli fenickich, rzymskich, bizantyjskich oraz budowle islamu)
- Medyna w Kariuanie - zabytki islamu.
- Amfiteatr w El-Dżem.
- Miasto punickie Karkawan z nekropolą.
- Ruiny rzymskiego miasta Dougga.
- Park Narodowy Aszkal.

wtorek, 11 lutego 2014

Era nieunijnych serów

Gruzja jest piękna, przyjazna, niepowtarzalna i … bardzo brudna. Ekologia nawet nie raczkuje. Ona po prostu leży. Miasta, pobocza dróg, rzeki, lasy pełne śmieci. Stare pralki i lodówki zamiast na skupach metali, lądują na dzikich, leśnych wysypiskach. W każdym miejscu kilogramy puszek i butelek. Aż kusi, aby wpaść do szkoły i zainicjować Dzień Ziemi, albo samemu zabrać się za zbieranie.
W sklepach złota era siatek foliowych. Nawet jedną pocztówkę pakują w woreczek…

Ale za to na targowiskach ciągle pachnie świeżymi warzywami, jak u nas ze trzydzieści lat temu. Wszystko swojskie, świeże, prosto z krzaka. Pietruszka ciągle ma zapach pietruszki, a jabłka przywodzą na myśl dzieciństwo na wsi. Pomidory, ogórki czy marchew nie mają zapewne unijnych wymiarów, ale za to ich smaku nie można przyrównać do tych kupowanych w biedronkowo-lidlowych marketach. Do tego swojskie sery, wędliny i wiejskie masełko na kilogramy… Niebo w gębie! Zdaję sobie sprawę, że Sanepid zamknąłby wszystkie stragany na raz, ale standard naszych wyjazdów uodpornił całą rodzinkę na wszelkie dolegliwości żołądkowe... 








poniedziałek, 10 lutego 2014

Był sobie but...

Czekając na otwarcie drogi z Kazbegi, „zyskujemy” jeden dzień i wybieramy się na pieszą wędrówkę do oddalonej o 8 km wioski Sno. Wiemy o niej tylko tyle, że jest pięknie położona, w niewielkiej dolinie nad rzeką. W istocie, już po drodze widoki zapierają dech. Pogoda się poprawiła i tego dnia, od rana mamy słońce, ale temperatura nie zachęca do spaceru.
Idziemy główną drogą wylotową ze Stepanstsmida. Otaczają nas wspaniałe szczyty pokryte śniegiem. Dwie godziny marszu. Na drodze żywego ducha. Żadnych knajpek, sklepów. Nic. Bajkowa kraina pani Zimy… Piękna, dostojna i nieprzystępna zarazem.





Na drodze przed wioską Sno widzimy wielkie kamienne głowy. Dziwnie wyglądają wśród majestatycznych szczytów. Jakby nad czymś dumały. Nie ma żywej duszy, aby spytać, kogo przedstawiają? Z daleka majaczy wieża dawnej twierdzy i bryła małego zgrabnego kościółka. Nie jest zabytkowy, ale prezentuje się ciekawie.  Obok pomnik. Krzysiek z Majką wdrapują się na twierdzę. Mi jest za zimno, by porywać się na taki „wyczyn”. Na moście, gdzie na nich czekam, spotykam dwóch jegomości w gumowcach. Zasięgam języka w sprawie kamiennych głów przy drodze. Moi rozmówcy są jednak na tyle wstawieni, że bełkocą coś o pisarzach i poetach. Może zatem pomniki upamiętniające gruzińskich wieszczów?







W drodze powrotnej jest tak zimno, iż czuję, jakby z każdą minutą odmarzał mi kolejny fragment ciała. W tej chwili nie zazdroszczę panu Kamińskiemu zdobycia bieguna, a nawet mu współczuję. Tam to dopiero musiało dawać w kość! Reszta rodzinki wmawia mi, że nie wcale nie jest tak źle, a moje wychłodzenie na pewno zapowiada grypę. Zapowiada, czy nie, jeszcze NIGDY w życiu, nie czułam takiego zimna. No, może przy malarii w Afryce, ale wówczas trzęsło mną  „tylko” od środka, a teraz także od zewnątrz!
Jako główny fotograf odpowiadam za zdjęcia, ale w tej chwili mam gdzieś wszystkie widoki i fotki razem wzięte. Nie mam siły utrzymać aparatu, bo ręce mi dygocą. Marzę jedynie o powrocie i opatuleniu się w kochany śpiworek…

Na mój widok, kochana starsza Pani, u której nocujemy wyjmuje piersiówkę polskiej żołądkowej, na co Krzysiek tłumaczy, że „żona nie pieje”. Pije, nie pije, z pocałowaniem w rączkę wlewam do gardła seteczkę! Pierwszy raz w życiu haust „gorzały”, a jaki zbawienny! Wtaczam się po schodach na pięterko, otwieram pokój, by rzucić się w objęcia Morfeusza, a tu szaro, kłęby dymu i smród na całe Kazbegi! Lecę po gospodarzy. Okazuje się, że to TYLKO nasza rosyjska współlokatorka od rapu, zostawiła na gazowym grzejniku plastikowy but od snowboard’u… Hmm…

Pokój nadaje się do zamieszkania po półgodzinnym wietrzeniu w solidnym przeciągu.  Mam wrażenie, że po ścianach hula wiatr. Nie wytrzymam! Chyba pójdę do starszej Pani po kolejną seteczkę…


Resztę wieczoru spędzam sam na sam ze śpiworkiem. Kochany Fiord Nansen… Jaki cieplutki…