czwartek, 19 grudnia 2013

Safari w cieniu obozowiska

Park Krugera. Afryka Południowa. 

Od świtu przemierzamy zakurzone szlaki parku Krugera. Po wieczornym „zagraniu” z dokarmianiem hien w obozowisku, nie mam humoru, gdyż oczyma wyobraźni widzę tłumy wyelegantowanych Niemców w białych skarpetkach cmokających na lwy, niczym rozpieszczone koty w salonach ich bogatych rezydencji. Rzeczywistość okazuje się jednak bardziej łaskawa, gdyż szlaki nie są tak „ludne”, jak obóz. Dobry humor wraca wraz z pojawieniem się na horyzoncie czwórki żyraf. Niesamowite! Przechodzą z gracją obok rozklekotanej „limuzyny” Niki’ego. Zatrzymujemy się i z niedowierzaniem patrzymy, jak delikatnie obskubują kolczaste gałązki krzewów. Już nic więcej nie jest mi potrzebne do szczęścia. Mogę tu siedzieć do rana i gapić się na nie bez końca. Niki uprzedza, że to dopiero początek. Ma rację. Nie ujeżdżamy zbyt daleko, gdy znów zatrzymujemy się za drzewem, bo na wyciągnięcie ręki pasą się zebry i antylopy. Z poczuciem filmowca i odkrywcy w jednym stoję, jak wryta i delektuję się chwilą. Sawanna. Prawdziwa afrykańska sawanna. Poranek jest gorący, niebo błękitne z kilkoma obłokami. Powietrze pulsuje. Słychać bzyczenie owadów. Mimo tabunów turystów w obozowisku, wydaje się, jakbyśmy byli tu sami.  Zebry nie zwracają na nas uwagi. Żyją własnym życiem i nie zdają sobie sprawy, jak w wielką frajdę nam fundują. Po jakimś czasie na drodze wyłaniają się guźce. Są przezabawne. Niki ma gdzieś i gużce i zebry i żyrafy. Mówi, że safari można uznać za udane dopiero, gdy zobaczy się Wielką Piątkę: słonia, lwa, nosorożca, bawoła i lamparta. Piątka tych zwierząt nazywana jest wielką, gdyż to one są uznawane w Afryce za najgroźniejsze dla człowieka. A co z hipopotamem? Przecież to on jest zabójcą największej liczby ludzi na Czarnym Kontynencie. Niki przyznaje mi rację i dodaje, że właściwie, to powinno się mówić o Wielkiej Siódemce, do której należałoby „dorzucić” jeszcze komara. Wszak malaria jest jeszcze większym zabójcą, z „rąk” którego ginie co roku ok. 2 mln ludności! Z malarii przeskakujemy na AIDS, kolejnego afrykańskiego „mordercę”, potem problemy głodu, rasizmu, nierówności społecznych i chwili jesteśmy tak nakręceni, że zapominamy o naszym safari. Kto by pomyślał, że wczoraj Niki prawie się nie odzywał... Na ziemię sprowadzają nas dopiero dwa dorosłe słonie z malutkim, które wyrastają przed samochodem niczym góry na widnokręgu. Na szczęście jedziemy tak niewielką prędkością, że prawie nie odczuwamy hamowania. Słonie „przepływają”, jak obłoki po niebie. Ich wielkość, w porównaniu ze słoniami indyjskimi, robi wrażenie. Nieopodal znowu żyrafy!
Przez kolejne dwie godziny nie spotykamy nic poza kilkoma antylopami i guźcami. Jedziemy żółwim tempem, zatrzymujemy się, czatujemy w krzakach. NIC. Tu i ówdzie kilka czapli, dzioborożców, jakieś wielkie ptaszyska o „twarzach” indyka. Koło południa w korycie wyschniętej rzeki Niki zarządza przerwę. Wsuwamy kanapki, zapijamy ciepłą, jak zupa Colą. Jesteśmy zmęczeni upałem, ale szczęśliwi. Niki mniej. Z Wielkiej Piątki spotkaliśmy dopiero słonie! Jedziemy dalej, chociaż monotonny krajobraz sawanny sprawia, iż wydaje się, że stoimy w miejscu. Po kilku kilometrach Niki nagle cofa. Mówi z przejęciem, że widział lwicę. Zatrzymuje auto naprzeciwko skały. Wyrywamy sobie lornetkę i skupiamy wzrok we skazanym punkcie. Rzeczywiście! Pod skała leży lwica. Może drzemie? Oczy ma przymknięte, język wystawiony. Dyszy, jak zmęczony pies. Stoimy przez dwadzieścia minut. Niki bezszelestnie podjeżdża bliżej. Samica nawet nie drgnie. W końcu pojawia się i lew! Okazały, piękny z wielką grzywą, jak z obrazka! Stoi na kłodzie ściętego drzewa i patrzy w naszą stronę, jakby prezentował swoją władzę. Nie kryjemy emocji, chociaż nikt nie waży się nawet pisnąć. Odjeżdżamy po kolejnych dwudziestu minutach, a po jakimś czasie najprawdopodobniej zjawiamy się na terytorium pawianów. Drogę oblegają całe rodziny. Dorosłe samce, samice z dziećmi. Siedzą. Iskają się i mają nas gdzieś. Możemy do woli fotografować. Znowu upływa godzina. Pot leje się z nas strumieniami. W świetle popołudniowego słońca sawanna jeszcze bardziej urzeka i wydaje się jeszcze bardziej cicha. Tylko cielska jakiś gigantycznych bąków, co jakiś czas zagłuszają „odgłos” rozgrzanego powietrza.
W drodze powrotnej do obozowiska nad wysychającą stróżką rzeki widzimy masywne cielsko czarnego nosorożca. Jak na takie gabaryty, przemieszcza się całkiem zgrabnie. Niki opisuje makabryczne obrazy nosorożców z obciętymi przez kłusowników rogami. Po takim akcie przemocy zwierzę generalnie ginie, chociaż Niki mówi, że widział na wolności nosorożca z zabliźnionym miejscem po rogu. Jakiś szczęściarz, który przeżył atak barbarzyńców… Temat schodzi na kłusownictwo. Wracamy do obozu. Za nami udany dzień. Widzieliśmy trójkę z Wielkiej Piątki, ale Niki nie traci nadziei, że jutro zobaczymy pozostałych „bohaterów”.  Po uśpionej sawannie, obozowisko stanowi niemiły kontrast. Turyści w białych skarpetkach i „przepisowych” kapeluszach typu safari taszczą skrzynki piwa. Zewsząd unosi się zapach grillowanego mięsa.  Hieny na swoich stanowiskach wyczekująco chichocą pod ogrodzeniem. Ktoś puszcza Abbę! Nie mam nic do Abby, ale żeby na safari?! W sercu sawanny?! Ktoś w mokasynach ze skóry krokodyla i białej koszulce Polo przebiega obok naszych namiotów w… silikonowej masce nosorożca...

Jesteśmy zmęczeni. Pakujemy się do śpiworów i zasypiamy przy ognisku. Hieny i Abba zagłuszają cykady. A niech tam! I tak jest fajnie!
























czwartek, 12 grudnia 2013

Nie karmić hien!


Podróż z Cape Town wschodnim wybrzeżem Republiki Południowej Afryki tzw. Garden Route dostarcza wielu niezapomnianych wrażeń. 

Garden Route tak zwana Droga Ogrodów ciągnie się umownie od Mossel Bay do Storms River i zawdzięcza swą nazwę wiecznie zielonej, różnorodnej roślinności okalającej laguny i porozrzucane wzdłuż wybrzeża jeziora. Ze względu na dużą przestępczość ludzie nie są tu aż tak przyjaźnie nastawieni do obcych, jak na zachodnim wybrzeżu RPA, ale i tu można spotkać pomocne, „bratnie dusze”.

Minąwszy tereny winnic w Stellenbosh i Swellendam, krainę strusi w okolicach Oudtshoorn, linię kolei parowej z George do Knysna, resztki afrykańskiej dżungli w drodze do Porth Elizabeth, Durban leżący niedaleko od przyjaznych terenów KwaZulu-Natal, docieramy do Nelspruit – stolicy dawnego Transwalu.  Stąd najczęściej wyrusza się na safari do Parku Narodowego Krugera. Nasze podróże mają zazwyczaj dość ograniczony budżet, więc udział w zorganizowanym safari, przez kilka dni pozostaje w kwestii marzeń. Marzenia mają jednak to do siebie, że się spełniają, więc po „rozpytaniu” chyba wszystkich dobrze poinformowanych ludzi w mieście, udaje nam się za niewielką kwotę wynająć przewodnika z rozklekotanym samochodem. Niki – jak każe się określać nasz „wybawca” od razu podkreśla, że będzie nam gotować. Gotować?! Spoko! Żaden problem! Od początku podróży robimy to we własnym zakresie i z głodu nie umarliśmy. W końcu mamy do dyspozycji starą kratkę po grillu, kocherek, menażkę i metalowe kubki!

Jadąc do parku czuję się, jak „zdobywca”. Po drodze kupujemy na straganie zapas mięsa, który ma nam starczyć na kolejne dni. Kawał jest spory, sprzedawca nie chce sprzedać mniejszej porcji, a my nie mamy lodówki. Niki uspokaja, że zna się na przechowywaniu mięsiwa! W istocie! Już niedługo cienkie plastry dyndają „na pace” auta, susząc się w słońcu. Nie wygląda to apetycznie, ale, jak powiedział kiedyś znajomy misjonarz „w Afryce się nie grymasi!”

Park Narodowy Krugera został założony w 1898 roku przez Paula Krügera. Zajmuje powierzchnię ponad 2 mln ha i ma 60 km szerokości oraz 350 km długości. Przez park przepływają liczne rzeki takie jak: Sabie, Limpopo oraz Letaba.
Paulus Krüger (1825-1904)  nazywany też Oom Paul - wujkiem Paulem był burskim politykiem i liderem oporu Burów przeciwko Brytyjczykom. Był również prezydentem Transwalu.

W parku Krugera rozbijamy obóz. Pachnie Afryką… Nasz „gospodarz” rozpala ogień. Ustawiamy murek, by zainstalować wysłużoną kratkę i zrobić braai, czyli podpiec mięso. Niki jest małomówny i zamknięty w sobie. Na wszelkie pytania odpowiada krótko „Yes” lub „No”.

Jest pięknie! Cudownie! Siedzimy wokół ogniska, zajadamy skwierczące kawałki mięsa, zagryzając ananasem. Nasz „gospodarz” postanawia wypróbować kocherek i przyrządzić herbatę. Wraz z zachodem słońca u płotu oddzielającego obozowisko od dzikich zwierząt, gromadzą się hieny. Ich chichot zagłusza cykady, ale robi niesamowite wrażenie. Początkowo dziwi nas, że podchodzą tak blisko, ogrodzenia pod napięciem elektrycznym, ale już wkrótce, naszym oczom ukazuje się niemiecka wycieczka przerzucająca przezeń resztki z kolacji. Co to ma być?! Zoo?! Tyle, że my w klatce, a one na wolności? Czyżby safari dnia następnego też miało wyglądać podobnie? Sznur lwów biegnących za samochodami, bo ktoś wyrzuca resztki? Miało być dziko! Natura, tropienie zwierząt, czatowanie z aparatem! I co? Niki uspokaja, że będzie dobrze! 



 

 

 


wtorek, 3 grudnia 2013

Jak Katarzyna Radziwiłłowa w Afryce "działała" ;)


Jeśli ktoś nie planuje zabrania roweru, dobrym sposobem przemieszczania się po wschodnim wybrzeżu Republiki Południowej Afryki, tzw. trasą Garden Route jest firma BAZBUS – turystyczne busy działające w systemie „door to door”.





Nad walorami Kapsztadu i okolic rozpisywałam się już w poście z rowerowej eskapady pt.: Trzy, dwa, jeden - START!

Do wspomnianych tam miejsc warto dorzucić Górę Sygnałową, skąd rozciąga się wspaniała panorama na całe miasto. Już od trzystu lat, każdego dnia, w południe z tej właśnie góry zabytkowa armata wystrzela salwę. W przypadku uroczystości państwowych oddawanych jest kilka strzałów. Niedaleko znajduje się miejsce pamięci Cecil’a J. Rhode’a (1853-1902) – brytyjskiego polityka i głównego kolonizatora Afryki południowej.

Od jego nazwiska pochodziła dawna nazwa Zambii i Zimbabwe – Rodezja Północna i Południowa. Jego działalność w Afryce rozpoczęła się w latach 70-tych XIX wieku, kiedy to został zarządcą kopalni diamentów w okolicach Kimberley. W latach 90-tych przejął kontrolę nad większością kopalń, stał się jednym z najbogatszych ludzi w kraju oraz został premierem rządu Kolonii Przylądkowej.
Całe życie był kawalerem (obecnie podejrzewa się, iż pozostawał w związku homoseksualnym), ale od 1896 roku, kiedy spotkał Katarzynę Radziwiłłową (1858-1941) - córkę generała Adama Rzewuskiego, prawdopodobnie utrzymywał z nią stosunki intymne. Katarzyna, pozostająca w separacji z mężem – księciem Wilhelmem Adamem Radziwiłłem, po przybyciu do Afryki wywoływała towarzyskie skandale wśród arystokracji, co spowodowało, iż Rhode wymusił na niej wyjazd do Europy.  Katarzyna wróciła jednak do Afryki na początku XX wieku i rozpoczęła wydawanie pisma „Greater Britain”. W tym czasie dopuszczała się wielu nadużyć finansowych i prawnych podrabiając podpisy Rhode’a i jednocześnie jego oskarżając o oszustwa.  Po śmierci Rhode’a w 1902 roku została oskarżona o fałszerstwa i rok spędziła w afrykańskim więzieniu.

Wielki pomnik Rhode’a zakrawa na miano mauzoleum. Podobno Afrykanie powinni być mu wdzięczni, gdyż wykupując wiele hektarów afrykańskiej ziemi, wybudował na niej szkoły, drogi, ogrody i oddał je na skarb państwa.
Tak czy inaczej, spod pomnika rozciąga się ładny widok na Cape Town.







czwartek, 28 listopada 2013

Pancerny pociąg z "Trzeciego Świata" i ukłon w stronę PKP

Kiedy pierwszy raz przylatujemy do Republiki Południowej Afryki jesteśmy zieloni, jak szczypiorki na wiosnę. Po głowach nie chodzą nam jeszcze kilkumiesięczne rowerowe eskapady po Czarnym Lądzie. Przyjeżdżamy z dwoma plecaczkami, przewodnikiem Lonely Planet i głową pełną marzeń. Lądujemy w Johannesburgu, chociaż bardziej pasowałby nam Kapsztad. Johannesburg wybiera za nas los, gdyż akurat do tego miasta udaje nam się znaleźć tanie połączenia lotnicze. Musimy się kilkakrotnie przesiadać, co owocuje zaginięciem jednego plecaka, ale i tak cieszymy się z rozpoczętej przygody. Gdybyśmy od razu polecieli do Kapsztadu uniknęlibyśmy 27 godzin podróży w opancerzonym pociągu.
RPA to, jak wyczytaliśmy w przewodniku, jeden z najniebezpieczniejszych krajów w Afryce, a może i na świecie. Wzięliśmy do serca wszystkie rady i wydaje nam się, że nic nie jest w stanie nas zaskoczyć.  Do czasu, aż nie przybędziemy na dworzec kolejowy…
Pociąg wygląda, jak blaszana konserwa z kratami i blaszanymi żaluzjami w oknach. Wagony składają się z maleńkich przedzialików z własną umywalką, łóżkami, stoliczkiem i metalowymi drzwiami z dwoma zamkami. Starszy czarnoskóry konduktor po sprawdzeniu biletów, wprowadza nas do naszej „celi”, po czym nakazuje zamknąć oba zamki i dla własnego dobra nie otwierać nikomu poza nim. Pytamy, czy naprawdę jest aż tak źle, ale konduktor tylko kiwa głową.
- Jest gorzej niż źle – odpowiada. – Cała wizja Mandeli gdzieś przepadła. Z każdym rokiem jest coraz gorzej. Ludzie nie mają pracy. Nudzą się, zazdroszczą. Obiecywali im wszystko, nie mają nic. Wabili ich do miast perspektywą lepszego życia, wszyscy na hura porzucili swoje wioski, ziemie i po co? Żeby żyć w domach z falistej blachy! Stłamsili ich w gettach i jak ma być dobrze? Nie ma dnia, żeby dochodziło do przemocy, rozbojów, morderstw. Giną niewinni ludzie! Za kilka randów potrafią obdzierać ze skóry, strzelać w tył głowy.
Mężczyzna wypowiada to wszystko jednym tchem, jakby raz na zawsze chciał się pozbyć, tego, o czym mówi. Nam jeży się włos na głowach. W przewodniku nie wyglądało to aż tak obrazowo…
Zaczynamy się zastanawiać nad sensownością przejazdu do Kapsztadu, a potem znowu podróżowaniu na północ. Nie ma jednak czasu na zmianę decyzji. Nie będziemy przecież wyskakiwać z ruszającego pociągu! Po za tym jesteśmy umówieni w Kapsztadzie z chłopakiem, którego poznaliśmy w Internecie. Jakkolwiekby to brzmiało, jego jesteśmy pewni. Przez kilka miesięcy wymienialiśmy korespondencję i ufając własnej intuicji, wiemy, że będzie dobrze. Mamy u niego zamieszkać podczas pobytu w Kapsztadzie, odbyć kilka wspólnych wypraw po okolicach, a potem ruszyć na północ.

Po czterech godzinach jazdy w „konserwie” mam dość. Zawsze wydawało mi się, że człowiek nie jest w stanie zanudzić się na śmierć, ale powoli zaczynam zmieniać zdanie. Przy całej tej atmosferze krat, zamków i blach, boję się wychodzić nawet do WC. Z reguły nie mam skłonności do panikowania, ale kilkugodzinne zamknięcie w blaszanej „celi” działa na wyobraźnię. Pocieszającym jest fakt, że łazienki (oddzielne dla mężczyzn i kobiet) dysponują papierem toaletowym, prysznicami z ciepłą wodą i zapachem o woni świeżej łąki, co w porównaniu z PKP, wywołuje u mnie zdumienie. Czyżby w moim kraju ktoś nazywał Afrykę TRZECIM ŚWIATEM?!
Po zachodzie słońca puka konduktor i dopytuje czy „życzymy sobie pościel?”

Po ciepłym prysznicu leżę w swojej „koi” i wsłuchuję się w miarowy stukot pociągu. Gdy zatrzymujemy się na jakiejś stacji, dolewają wody. Znaczy się powinno nam jej wystarczyć przez całą podróż… A to ci heca! W pociągu relacji Gdynia – Zakopane, życiodajna ciecz kończy się zazwyczaj w okolicy Działdowa…

sobota, 23 listopada 2013

Kobieta pracująca ;)

Czasem się zastanawiam, co by było, gdybyśmy swego czasu nie rzucili „zwykłej” (w sensie etatowej) pracy i nie wyjechali na pierwszą daleką włóczęgę w nieznane? Ciekawe, czy zew przygody był w nas, czy też my wyruszyliśmy po niego? Prawda jest taka, że po powrocie z sześciomiesięcznej rowerowej podróży przez Afrykę, już nigdy nic nie było takie same. Założę się, że każdy, kto chociaż raz ruszył gdzieś przed siebie i na nieco dłużej „wsiąkł” w życie uzależnione od wschodu do zachodu słońca, od przypływu i odpływu, w życie bez zegarka i Facebooka, to nie może już przystosować się do „normalności”. Zew przygody woła! Wspaniałe jest to, że każda taka włóczęga z dnia na dzień jest okazją do poznawania nie tylko ludzi wokół, ale przede wszystkim samego siebie. Największym darem jest jednak znalezienie drugiej osoby, z którą można dzielić trudy podróży zawsze i wszędzie, niezależnie od trudu, wysiłku i wyrzeczeń, jakie przy takich okazjach, trzeba często ponosić.
Rzucając cieplutką posadkę, z myślą, by żyć chwilą, trzeba też uzmysłowić sobie, że na swoje utrzymanie trzeba będzie jednak jakoś zarobić. Dobrze wówczas schować do kieszenie aspiracje zawodowe i łapać się wszystkiego, co przynoszą realia. „Wszystkiego” w granicach własnego morale i przekonań, jakie nosimy w sercu, ma się rozumieć. J Warto jednak, bo życie przynosi niespodzianki, których nie można przewidzieć.

Nigdy nie śniło mi się, że w wieku trzydziestu lat i w ósmym tygodniu ciąży zostanę… AKTORKĄ. J Krzysiek też nie przewidywał „etatu” w na planach filmowych, a jednak STAŁO SIĘ. J Przez dziesięć miesięcy pracowaliśmy, jako statyści w serialach i filmach kręconych na potrzeby rozmaitych stacji telewizyjnych w Tajlandii. Czasem były to tylko migawki z naszym udziałem, reklamówki, a czasem role mówione w kilkuodcinkowych serialach. I tak byłam nawet bogatą żoną Taja, którą niestety w końcu zamordował... :)
W owym czasie w Tajlandii kręcono także sceny do światowych produkcji „Beally of the beast” z Stevenem Seagalem, „Synowie wiatru” z Burtem Kwoukiem, czy „Dwaj bracia” z Bradem Pittem. Dacie wiarę, że rozmawialiśmy ze Stevenem?! Jest wielki, sympatyczny, dowcipny, uśmiechnięty i … mniej zarozumiały od swojego dublera.  

video












Po karierze filmowej w Bangkoku przyszła kolej na pracę w tajskiej szkole przy granicy z Kambodżą. Pierwszy kontrakt podpisałam na rok, ale wyobraźcie sobie, jak tam musiało być, skoro przez kolejne cztery lata, co roku go odnawiałam. J Myślę, że gdyby nie fakt, iż nie umiemy za długo posiedzieć na jednym miejscu, oraz to, że po tylu latach w tropikalnym klimacie, zaczęliśmy tęsknić do pór roku, bylibyśmy tam do dzisiaj. A może i nie? Czekały przecież na nas nowe wyzwania. J











Dlatego, jeśli źle sypiacie z powodu zastanawiania się, czy rzucić pracę, by ruszyć w świat, powiem krótko: RZUĆCIE I RUSZAJCIE! J Tego, co zobaczycie i przeżyjecie nie zastąpi Wam żadna, nawet najcieplejsza posadka z dobrą wypłatą. Że mieszkanie, dom i te sprawy? Znam takich, co sprzedali dom, by ruszyć w podróż dookoła świata. Jeszcze go nie objechali, bo na razie utknęli na Zanzibarze. Że dzieci i szkoła? Szkoły są wszędzie, dzieci szybko się uczą i jeszcze szybciej przystosowują do nowego. Że na starość emeryturki nie będzie? Hmm… Myślę, że tak, czy inaczej nie będzie, ale przy tym argumencie zawsze wspominam swojego świętej pamięci kolegę, który pracując w korporacji nie brał wolnego, nie jeździł na urlopy, by jak najwięcej zarobić i „odbić” sobie na starość.  Zginął w wypadku i raczej już sobie „nie odbije”… Dlatego: CARPE DIEM! Albo: HAKUNA MATATA, jak wolicie. J
Pamiętajcie też, że niezależnie od szerokości geograficznej zawsze znajdą się dobrzy ludzie, którzy otoczą Was swoją bezinteresowną pomocą. Zawsze znajdzie się też kwestia, w której Wy będziecie mogli pomóc im. J








piątek, 22 listopada 2013

Francuskie bagietki w Laosie




Rankiem, jeszcze w Nong Khai,  idziemy do Wat Kek – ciekawej świątyni hinduskiej z mnóstwem rzeźb przedstawiających wizerunki bóstw hinduskich, buddyjskich oraz pomniki świeckie. Najwyższa figura Buddy mierzy 25 metrów wysokości! Cały zespół nie jest zabytkowy, gdyż powstał w latach 70-tych XX wieku, ale warty odwiedzenia, zwłaszcza z dzieckiem, które zapewne zaciekawi się intrygującymi rzeźbami.










Koło południa przekraczamy granicę z Laosem. (Wizę można dostać na przejściu granicznym.) Wszyscy się uśmiechają, co jak zawsze w takich wypadkach, wróży miły pobyt. Od granicy na moście przyjaźni do centrum stolicy – Vientiane pozostaje 30 km. Jeśli nie posiadamy własnego roweru możemy dojechać tam autobusem.







Vientiane jest bardzo przyjemna, niewielka i nie sprawia wrażenia stolicy. Dla mnie jest, po prostu, NIEPOWTARZALNA! Czas wydaje się tu stać w miejscu. W XIX wieku Vientiane była stolicą francuskiego protektoratu, a na ulicach do dziś dają się zauważyć wpływy architektury kolonialnej. Dopiero w 1954 roku Laos stał się niepodległym państwem, ale już w rok później komuniści laotańscy pozostający pod wpływem Wietnamu utworzyli Laotańską Partię Ludową. Na wiele lat państwo zostało zamknięte i praktycznie odcięte od świata. Dopiero w 1992 roku otwarto granice z Tajlandią i unormowano stosunki z Chinami. Obecnie jedyną legalną partią polityczną w Laosie jest Laotańska Partia Ludowo-Rewolucyjna z prezydentem na czele. Na urzędach użyteczności publicznej wciąż wiszą czerwone flagi z sierpem i młotem.
Ponad 60% ludności wyznaje buddyzm, a ponad 30% to animiści.



Zabudowa Vientiane to w większości kamieniczki z ogródkami, dlatego warto zabrać namiot. Nad Mekongiem, po zachodzie słońca zbierają się laotańskie kobiety i sprzedają wyroby rękodzieła. W miasteczku warto odwiedzić świątynie, targ, promenadę oraz "powłóczyć się" bez celu po malowniczych uliczkach. 




W naszej dłuższej drodze przez Azję, stęskniliśmy się za europejskim jedzeniem. Vientiane jest rajem dla naszych żołądków, gdyż na ulicznych wózkach sprzedawane są francuskie bagietki. Cieplutkie z serem i warzywami. Zastanawiamy się nawet, czy przez owe rarytasy, nie przedłużyć pobytu w laotańskiej stolicy, ale zew przygody wzywa. J







Więcej migawek z Vientiane na naszym fanpage na FB. Zapraszamy. Do niedzieli na FB trwa konkurs. Do wygrania tajskie breloczki. Wystarczy nas polubić. :)

środa, 20 listopada 2013

W drodze do Laosu




150 km przed Nong Khai stan Mai wskazuje, że gdzieś się zaziębiła. Klimat tropikalny sam w sobie nie sprzyja przeziębieniom, ale pomieszczenia klimatyzowane są gorsze od listopadowej polskiej pluchy.
Rozgrzany organizm w zetknięciu z klimatyzatorem wysiada praktycznie za każdym razem. Staramy się o tym pamiętać i przed wejściem do chłodzonego budynku założyć coś na siebie i Maję, ale czasami i to nie pomaga, gdyż zaczyna się od gardła. Tym razem zapewne kłania się sławetny MacDonald. I taki z niego pożytek!
Kupujemy w aptece syrop i witaminy oraz miejscową maść (jeśli chodzi o łagodzenie bólu gardła, to jest rewelacyjna!) oraz postanawiamy nie nocować w namiocie, tylko wynająć pokój. W nocy naszą pociechę dopada gorączka, która nie spada mimo zimnych okładów. Rano staje się jasnym, że trzeba odwiedzić lekarza. Postanawiamy dojechać do Nong Khai, od którego dzieli nas 50 km i tam udać się do szpitala.

W Tajlandii nie ma państwowych przychodni lekarskich, tylko prywatne kliniki. Najlepiej, więc udać się do szpitala. Tu, w każdym przypadku, znajduje się oddział spełniający rolę ośrodka zdrowia. Za wizytę u lekarza pobierane są opłaty (takie same od obcokrajowców, jak i od miejscowych), ale są one dość symboliczne i o wiele niższe niż w prywatnych klinikach). Szpitale utrzymane są na dość wysokim poziomie i dysponują wszelkim sprzętem. Przy rejestracji trzeba opisać objawy, poddać się ważeniu i mierzeniu ciśnienia. Dopiero po otrzymaniu kartki z opisem tych czynności, można udać się do lekarza.  Trzeba być przygotowanym na poczekanie w kolejce. Nie dużej, ale jednak.

 Maja ma zapalenie oskrzeli! Wykupujemy lekarstwa i wynajmujemy miły pokoik w drewnianym hoteliku nad rzeką Mekong. Do dyspozycji mamy wygodne łóżka z moskitierami, stolik i krzesełka. Okna wychodzą na wody Mekongu. Po jego drugiej stronie widać już stolicę Laosu – Vientiane. Przyjdzie nam poczekać kilka dni, nim przekroczymy granicę na moście tajsko-laotańskiej przyjaźni, ale jesteśmy szczęśliwi, że dotarliśmy aż tutaj.
Wiem, jak piękny jest Vientian i jej okolice i cieszę się, że Maja będzie mogła to wszystko zobaczyć na własne oczy. W czasie poprzedniej podróży do Laosu nie miała jeszcze roczku, więc, tak jakby jej tam nie było. :)


Lekarstwa działają praktycznie od razu i wieczorem wszyscy schodzimy na parter naszego nowego „domu”, który, można powiedzieć, że mieści się na pomoście! Pod nami Mekong, przed nami Mekong i Laos! Siadamy na wysłużonej ławce i przyglądamy się, jak słońce „idzie spać”. Mimo bliskości rzeki i wieczoru, jest gorąco. Pale, na których trzyma się pomost skrzypią od naporu wody. Nurt niesie splątane pnącza roślin. Maja zasypia, ale nie ma już gorączki. Zanosimy ją do pokoju, a sami wracamy jeszcze, by delektować się urokiem miejsca. No i trzeba „odpalić” kocher. Czas na wieczorną kawę. 



Po dwóch dniach nasza pociecha jest zdrowa, jak ryba. Zostajemy jednak jeszcze w Nong Khai, by pokazać jej wspaniałą hinduską świątynię, ale o niej jutro.