czwartek, 28 listopada 2013

Pancerny pociąg z "Trzeciego Świata" i ukłon w stronę PKP

Kiedy pierwszy raz przylatujemy do Republiki Południowej Afryki jesteśmy zieloni, jak szczypiorki na wiosnę. Po głowach nie chodzą nam jeszcze kilkumiesięczne rowerowe eskapady po Czarnym Lądzie. Przyjeżdżamy z dwoma plecaczkami, przewodnikiem Lonely Planet i głową pełną marzeń. Lądujemy w Johannesburgu, chociaż bardziej pasowałby nam Kapsztad. Johannesburg wybiera za nas los, gdyż akurat do tego miasta udaje nam się znaleźć tanie połączenia lotnicze. Musimy się kilkakrotnie przesiadać, co owocuje zaginięciem jednego plecaka, ale i tak cieszymy się z rozpoczętej przygody. Gdybyśmy od razu polecieli do Kapsztadu uniknęlibyśmy 27 godzin podróży w opancerzonym pociągu.
RPA to, jak wyczytaliśmy w przewodniku, jeden z najniebezpieczniejszych krajów w Afryce, a może i na świecie. Wzięliśmy do serca wszystkie rady i wydaje nam się, że nic nie jest w stanie nas zaskoczyć.  Do czasu, aż nie przybędziemy na dworzec kolejowy…
Pociąg wygląda, jak blaszana konserwa z kratami i blaszanymi żaluzjami w oknach. Wagony składają się z maleńkich przedzialików z własną umywalką, łóżkami, stoliczkiem i metalowymi drzwiami z dwoma zamkami. Starszy czarnoskóry konduktor po sprawdzeniu biletów, wprowadza nas do naszej „celi”, po czym nakazuje zamknąć oba zamki i dla własnego dobra nie otwierać nikomu poza nim. Pytamy, czy naprawdę jest aż tak źle, ale konduktor tylko kiwa głową.
- Jest gorzej niż źle – odpowiada. – Cała wizja Mandeli gdzieś przepadła. Z każdym rokiem jest coraz gorzej. Ludzie nie mają pracy. Nudzą się, zazdroszczą. Obiecywali im wszystko, nie mają nic. Wabili ich do miast perspektywą lepszego życia, wszyscy na hura porzucili swoje wioski, ziemie i po co? Żeby żyć w domach z falistej blachy! Stłamsili ich w gettach i jak ma być dobrze? Nie ma dnia, żeby dochodziło do przemocy, rozbojów, morderstw. Giną niewinni ludzie! Za kilka randów potrafią obdzierać ze skóry, strzelać w tył głowy.
Mężczyzna wypowiada to wszystko jednym tchem, jakby raz na zawsze chciał się pozbyć, tego, o czym mówi. Nam jeży się włos na głowach. W przewodniku nie wyglądało to aż tak obrazowo…
Zaczynamy się zastanawiać nad sensownością przejazdu do Kapsztadu, a potem znowu podróżowaniu na północ. Nie ma jednak czasu na zmianę decyzji. Nie będziemy przecież wyskakiwać z ruszającego pociągu! Po za tym jesteśmy umówieni w Kapsztadzie z chłopakiem, którego poznaliśmy w Internecie. Jakkolwiekby to brzmiało, jego jesteśmy pewni. Przez kilka miesięcy wymienialiśmy korespondencję i ufając własnej intuicji, wiemy, że będzie dobrze. Mamy u niego zamieszkać podczas pobytu w Kapsztadzie, odbyć kilka wspólnych wypraw po okolicach, a potem ruszyć na północ.

Po czterech godzinach jazdy w „konserwie” mam dość. Zawsze wydawało mi się, że człowiek nie jest w stanie zanudzić się na śmierć, ale powoli zaczynam zmieniać zdanie. Przy całej tej atmosferze krat, zamków i blach, boję się wychodzić nawet do WC. Z reguły nie mam skłonności do panikowania, ale kilkugodzinne zamknięcie w blaszanej „celi” działa na wyobraźnię. Pocieszającym jest fakt, że łazienki (oddzielne dla mężczyzn i kobiet) dysponują papierem toaletowym, prysznicami z ciepłą wodą i zapachem o woni świeżej łąki, co w porównaniu z PKP, wywołuje u mnie zdumienie. Czyżby w moim kraju ktoś nazywał Afrykę TRZECIM ŚWIATEM?!
Po zachodzie słońca puka konduktor i dopytuje czy „życzymy sobie pościel?”

Po ciepłym prysznicu leżę w swojej „koi” i wsłuchuję się w miarowy stukot pociągu. Gdy zatrzymujemy się na jakiejś stacji, dolewają wody. Znaczy się powinno nam jej wystarczyć przez całą podróż… A to ci heca! W pociągu relacji Gdynia – Zakopane, życiodajna ciecz kończy się zazwyczaj w okolicy Działdowa…

sobota, 23 listopada 2013

Kobieta pracująca ;)

Czasem się zastanawiam, co by było, gdybyśmy swego czasu nie rzucili „zwykłej” (w sensie etatowej) pracy i nie wyjechali na pierwszą daleką włóczęgę w nieznane? Ciekawe, czy zew przygody był w nas, czy też my wyruszyliśmy po niego? Prawda jest taka, że po powrocie z sześciomiesięcznej rowerowej podróży przez Afrykę, już nigdy nic nie było takie same. Założę się, że każdy, kto chociaż raz ruszył gdzieś przed siebie i na nieco dłużej „wsiąkł” w życie uzależnione od wschodu do zachodu słońca, od przypływu i odpływu, w życie bez zegarka i Facebooka, to nie może już przystosować się do „normalności”. Zew przygody woła! Wspaniałe jest to, że każda taka włóczęga z dnia na dzień jest okazją do poznawania nie tylko ludzi wokół, ale przede wszystkim samego siebie. Największym darem jest jednak znalezienie drugiej osoby, z którą można dzielić trudy podróży zawsze i wszędzie, niezależnie od trudu, wysiłku i wyrzeczeń, jakie przy takich okazjach, trzeba często ponosić.
Rzucając cieplutką posadkę, z myślą, by żyć chwilą, trzeba też uzmysłowić sobie, że na swoje utrzymanie trzeba będzie jednak jakoś zarobić. Dobrze wówczas schować do kieszenie aspiracje zawodowe i łapać się wszystkiego, co przynoszą realia. „Wszystkiego” w granicach własnego morale i przekonań, jakie nosimy w sercu, ma się rozumieć. J Warto jednak, bo życie przynosi niespodzianki, których nie można przewidzieć.

Nigdy nie śniło mi się, że w wieku trzydziestu lat i w ósmym tygodniu ciąży zostanę… AKTORKĄ. J Krzysiek też nie przewidywał „etatu” w na planach filmowych, a jednak STAŁO SIĘ. J Przez dziesięć miesięcy pracowaliśmy, jako statyści w serialach i filmach kręconych na potrzeby rozmaitych stacji telewizyjnych w Tajlandii. Czasem były to tylko migawki z naszym udziałem, reklamówki, a czasem role mówione w kilkuodcinkowych serialach. I tak byłam nawet bogatą żoną Taja, którą niestety w końcu zamordował... :)
W owym czasie w Tajlandii kręcono także sceny do światowych produkcji „Beally of the beast” z Stevenem Seagalem, „Synowie wiatru” z Burtem Kwoukiem, czy „Dwaj bracia” z Bradem Pittem. Dacie wiarę, że rozmawialiśmy ze Stevenem?! Jest wielki, sympatyczny, dowcipny, uśmiechnięty i … mniej zarozumiały od swojego dublera.  

video












Po karierze filmowej w Bangkoku przyszła kolej na pracę w tajskiej szkole przy granicy z Kambodżą. Pierwszy kontrakt podpisałam na rok, ale wyobraźcie sobie, jak tam musiało być, skoro przez kolejne cztery lata, co roku go odnawiałam. J Myślę, że gdyby nie fakt, iż nie umiemy za długo posiedzieć na jednym miejscu, oraz to, że po tylu latach w tropikalnym klimacie, zaczęliśmy tęsknić do pór roku, bylibyśmy tam do dzisiaj. A może i nie? Czekały przecież na nas nowe wyzwania. J











Dlatego, jeśli źle sypiacie z powodu zastanawiania się, czy rzucić pracę, by ruszyć w świat, powiem krótko: RZUĆCIE I RUSZAJCIE! J Tego, co zobaczycie i przeżyjecie nie zastąpi Wam żadna, nawet najcieplejsza posadka z dobrą wypłatą. Że mieszkanie, dom i te sprawy? Znam takich, co sprzedali dom, by ruszyć w podróż dookoła świata. Jeszcze go nie objechali, bo na razie utknęli na Zanzibarze. Że dzieci i szkoła? Szkoły są wszędzie, dzieci szybko się uczą i jeszcze szybciej przystosowują do nowego. Że na starość emeryturki nie będzie? Hmm… Myślę, że tak, czy inaczej nie będzie, ale przy tym argumencie zawsze wspominam swojego świętej pamięci kolegę, który pracując w korporacji nie brał wolnego, nie jeździł na urlopy, by jak najwięcej zarobić i „odbić” sobie na starość.  Zginął w wypadku i raczej już sobie „nie odbije”… Dlatego: CARPE DIEM! Albo: HAKUNA MATATA, jak wolicie. J
Pamiętajcie też, że niezależnie od szerokości geograficznej zawsze znajdą się dobrzy ludzie, którzy otoczą Was swoją bezinteresowną pomocą. Zawsze znajdzie się też kwestia, w której Wy będziecie mogli pomóc im. J








piątek, 22 listopada 2013

Francuskie bagietki w Laosie




Rankiem, jeszcze w Nong Khai,  idziemy do Wat Kek – ciekawej świątyni hinduskiej z mnóstwem rzeźb przedstawiających wizerunki bóstw hinduskich, buddyjskich oraz pomniki świeckie. Najwyższa figura Buddy mierzy 25 metrów wysokości! Cały zespół nie jest zabytkowy, gdyż powstał w latach 70-tych XX wieku, ale warty odwiedzenia, zwłaszcza z dzieckiem, które zapewne zaciekawi się intrygującymi rzeźbami.










Koło południa przekraczamy granicę z Laosem. (Wizę można dostać na przejściu granicznym.) Wszyscy się uśmiechają, co jak zawsze w takich wypadkach, wróży miły pobyt. Od granicy na moście przyjaźni do centrum stolicy – Vientiane pozostaje 30 km. Jeśli nie posiadamy własnego roweru możemy dojechać tam autobusem.







Vientiane jest bardzo przyjemna, niewielka i nie sprawia wrażenia stolicy. Dla mnie jest, po prostu, NIEPOWTARZALNA! Czas wydaje się tu stać w miejscu. W XIX wieku Vientiane była stolicą francuskiego protektoratu, a na ulicach do dziś dają się zauważyć wpływy architektury kolonialnej. Dopiero w 1954 roku Laos stał się niepodległym państwem, ale już w rok później komuniści laotańscy pozostający pod wpływem Wietnamu utworzyli Laotańską Partię Ludową. Na wiele lat państwo zostało zamknięte i praktycznie odcięte od świata. Dopiero w 1992 roku otwarto granice z Tajlandią i unormowano stosunki z Chinami. Obecnie jedyną legalną partią polityczną w Laosie jest Laotańska Partia Ludowo-Rewolucyjna z prezydentem na czele. Na urzędach użyteczności publicznej wciąż wiszą czerwone flagi z sierpem i młotem.
Ponad 60% ludności wyznaje buddyzm, a ponad 30% to animiści.



Zabudowa Vientiane to w większości kamieniczki z ogródkami, dlatego warto zabrać namiot. Nad Mekongiem, po zachodzie słońca zbierają się laotańskie kobiety i sprzedają wyroby rękodzieła. W miasteczku warto odwiedzić świątynie, targ, promenadę oraz "powłóczyć się" bez celu po malowniczych uliczkach. 




W naszej dłuższej drodze przez Azję, stęskniliśmy się za europejskim jedzeniem. Vientiane jest rajem dla naszych żołądków, gdyż na ulicznych wózkach sprzedawane są francuskie bagietki. Cieplutkie z serem i warzywami. Zastanawiamy się nawet, czy przez owe rarytasy, nie przedłużyć pobytu w laotańskiej stolicy, ale zew przygody wzywa. J







Więcej migawek z Vientiane na naszym fanpage na FB. Zapraszamy. Do niedzieli na FB trwa konkurs. Do wygrania tajskie breloczki. Wystarczy nas polubić. :)

środa, 20 listopada 2013

W drodze do Laosu




150 km przed Nong Khai stan Mai wskazuje, że gdzieś się zaziębiła. Klimat tropikalny sam w sobie nie sprzyja przeziębieniom, ale pomieszczenia klimatyzowane są gorsze od listopadowej polskiej pluchy.
Rozgrzany organizm w zetknięciu z klimatyzatorem wysiada praktycznie za każdym razem. Staramy się o tym pamiętać i przed wejściem do chłodzonego budynku założyć coś na siebie i Maję, ale czasami i to nie pomaga, gdyż zaczyna się od gardła. Tym razem zapewne kłania się sławetny MacDonald. I taki z niego pożytek!
Kupujemy w aptece syrop i witaminy oraz miejscową maść (jeśli chodzi o łagodzenie bólu gardła, to jest rewelacyjna!) oraz postanawiamy nie nocować w namiocie, tylko wynająć pokój. W nocy naszą pociechę dopada gorączka, która nie spada mimo zimnych okładów. Rano staje się jasnym, że trzeba odwiedzić lekarza. Postanawiamy dojechać do Nong Khai, od którego dzieli nas 50 km i tam udać się do szpitala.

W Tajlandii nie ma państwowych przychodni lekarskich, tylko prywatne kliniki. Najlepiej, więc udać się do szpitala. Tu, w każdym przypadku, znajduje się oddział spełniający rolę ośrodka zdrowia. Za wizytę u lekarza pobierane są opłaty (takie same od obcokrajowców, jak i od miejscowych), ale są one dość symboliczne i o wiele niższe niż w prywatnych klinikach). Szpitale utrzymane są na dość wysokim poziomie i dysponują wszelkim sprzętem. Przy rejestracji trzeba opisać objawy, poddać się ważeniu i mierzeniu ciśnienia. Dopiero po otrzymaniu kartki z opisem tych czynności, można udać się do lekarza.  Trzeba być przygotowanym na poczekanie w kolejce. Nie dużej, ale jednak.

 Maja ma zapalenie oskrzeli! Wykupujemy lekarstwa i wynajmujemy miły pokoik w drewnianym hoteliku nad rzeką Mekong. Do dyspozycji mamy wygodne łóżka z moskitierami, stolik i krzesełka. Okna wychodzą na wody Mekongu. Po jego drugiej stronie widać już stolicę Laosu – Vientiane. Przyjdzie nam poczekać kilka dni, nim przekroczymy granicę na moście tajsko-laotańskiej przyjaźni, ale jesteśmy szczęśliwi, że dotarliśmy aż tutaj.
Wiem, jak piękny jest Vientian i jej okolice i cieszę się, że Maja będzie mogła to wszystko zobaczyć na własne oczy. W czasie poprzedniej podróży do Laosu nie miała jeszcze roczku, więc, tak jakby jej tam nie było. :)


Lekarstwa działają praktycznie od razu i wieczorem wszyscy schodzimy na parter naszego nowego „domu”, który, można powiedzieć, że mieści się na pomoście! Pod nami Mekong, przed nami Mekong i Laos! Siadamy na wysłużonej ławce i przyglądamy się, jak słońce „idzie spać”. Mimo bliskości rzeki i wieczoru, jest gorąco. Pale, na których trzyma się pomost skrzypią od naporu wody. Nurt niesie splątane pnącza roślin. Maja zasypia, ale nie ma już gorączki. Zanosimy ją do pokoju, a sami wracamy jeszcze, by delektować się urokiem miejsca. No i trzeba „odpalić” kocher. Czas na wieczorną kawę. 



Po dwóch dniach nasza pociecha jest zdrowa, jak ryba. Zostajemy jednak jeszcze w Nong Khai, by pokazać jej wspaniałą hinduską świątynię, ale o niej jutro.

wtorek, 19 listopada 2013

Podróż szlakiem Mc'Donalda czyli jak frytki nosem idą




Długa podróż z Bangkoku do Laosu wyciska z nas siódme poty, a z Majki resztki cierpliwości.  Początkowo „idzie gładko”, bo tereny są płaskie, ale z czasem wjeżdżamy w rejony wyżynne, a Maja przez kilkanaście dni zdana na te same kilka zabawek, zaczyna się nudzić. Dni, których nie spędzamy w trasie, lecz na poznawaniu nowych miejsc i ludzi, są „zbawienne”, gdyż każdy, na swój sposób ładuje akumulator. Po "chwili" wytchnienia znów trzeba jednak ruszać w drogę. Dla nas, mimo wysiłku fizycznego, to przeżycie niemal duchowe, gdyż podróżowanie jest tu celem samym w sobie i sposobem na wspólne życie.  Maja jest jeszcze za mała na takie doznania, więc dla niej każda wyprawa, to przygoda, owszem, ale „ale dlaczego zabraliśmy tak mało zabawek?!”
Dla „rozładowania” dziecięcej nudy intonujemy piosenkę „Old Macdonald had a farm, iaa iaa o.” Śpiewam ostatkiem sił, pozbywając się resztek powietrza w płucach. Maja oprócz śpiewów urządza w rykszy teatrzyk. Nie trwa to jednak długo, bo już po kilku minutach pyta:

- A czy to ten sam Macdonald od Happy Meal’a?
- To popularne nazwisko, więc pewnie nie.
- A może to ten sam? Hodował te świnie, a potem robił burgery?
- Może robił.
- A kiedy pójdziemy do Macdonalda?

Na te słowa o mało nie wjeżdżam do rowu. „Cholerna piosenka! Wszystkie drogi prowadzą do… Macdonalda!” – klnę w myślach, pomstując na swoją głupotę. Macdonald to obecnie drażliwy temat, gdyż Maja dałaby się pokroić i obedrzeć ze skóry za jedną jedyną porcję „śmieciowego” żarcia. Oczywiści pod szyldem Macdonalda, bo inne burgery czy frytki „NIE SĄ TAKIE DOBRE!” Nawet żaden inny keczup „NIE JEST TAKI DOBRY”, jak tamten. Psychoza? A może odwieczny problem im bardziej zakazane, tym lepsze?

- A pójdziemy dzisiaj? No pójdziemy?
- Pójdziemy!
  
A pójdziemy i niech się dzieciak zapcha, niech jej frytki wyjdą uszami, a kotleciki nosem!

- A kiedy?
- Jak dojedziemy do dużego miasta, wiesz, że w małych nie ma Macdonalda.
- A kiedy będzie duże miasto?
- Za jakieś dwadzieścia kilometrów?
- A to daleko?
- Średnio.

Zaczął się stromy podjazd. Ujeżdżamy z mozołem 4 km. Noga za nogą. Nie mam już siły na gadanie, ani na śpiewanie.


- Daleko jeszcze do Macdonalda?

Może powinniśmy urządzić podróż szlakiem Macdonaldów?!


czwartek, 14 listopada 2013

Gościna w radiu



Do gruzińskiej wyprawy pozostało 66 dni. Nadal czekamy na potwierdzenia patronatów oraz prowadzimy rozmowy z ewentualnymi sponsorami specjalistycznej odzieży. Maja nie wyobraża sobie marszu w trzydziestostopniowym mrozie, gdyż jeszcze nigdy nie doświadczyła czegoś podobnego. Do tej pory, wszystkie jej dalsze wyprawy miały miejsce w tropikach. Potrzeba dużo samozaparcia. Nam też, bo człowiek z natury leniwą jest istotą. :) W ubiegłym tygodniu nagrywaliśmy audycję w Radiu Plus. Mieliśmy zamiar opowiadać o podróżach, a 45 minutowy blog w całości zapełnił się wspominkami z Tajlandii. Majce, której zwykle nie zamyka się buzia, z wrażenia odjęło mowę. :) Nie mieliśmy okazji posłuchać, jak wyszło, ale mam nadzieję, że będzie "do przetrawienia". :) Emisja w niedzielę. 

środa, 13 listopada 2013

Piąty miesiąc ciąży i pierwszy dzień w Malezji.


Ruszając do Malezji jestem w piątym miesiącu ciąży. Czuję się dobrze, a chiński lekarz prowadzący z Bangkoku nie widzi przeszkód. Mam się tylko dobrze odżywiać i nie przemęczać organizmu. Na wszelki wypadek nie mówię mu, że będziemy podróżować koleją, której przejazd z Bangkoku do południowej granicy Tajlandii zajmuje ponad dwadzieścia godzin.

Aby zniwelować trudy przejazdu wybieramy drugą klasę sypialną z wentylatorem na suficie. Tajskie pociągi nie ciągną osobnych wagonów do spania. Wraz z wybiciem godziny 19-tej, sprawna obsługa pociągu zamienia miejsca siedzące w wygodne kuszetki ze świeżutką pościelą. Wagony nie posiadają przedziałów, więc każde z łóżek otrzymuje zasłonę. Rano łóżka znikają tak szybko, jak się pojawiły i znów można podróżować na siedząco. Nie chcę czynić żadnych aluzji, ale woda w toalecie nie kończy się po stu kilometrach, a na dodatek istnieje coś takiego, jak kabiny prysznicowe! J



W czasie ciąży swoistą katorgą jest dla mnie miejscowa kuchnia. Nie mogę patrzeć na lokalne przysmaki, które przyprawiają mnie o mdłości. Na domiar złego na każdej stacji wsiadają sprzedawcy ryżu, gotowanych jajek, kurczaków, kaczek, krabów, zapiekanych robali, karaluchów, pieczonych bananów, prażonych orzechów, lodów na bazie ryżu i Bóg wie, czego tam jeszcze. Różnorodność potraw roznosi w wagonie mieszankę woni, które wraz z lepkim, zakurzonym powietrzem, sprawia, że nie chce mi się nawet myśleć o jedzeniu. Krzysiek dba jednak o żonę i dziecko, wpychając we mnie banany. Są tak obrzydliwie słodkie, na dodatek obsmarowane mazistą marmoladą, że już przy drugim przysięgam sobie, że do końca życia nie tknę nic z zawartością cukru. Rozczulanie się nad sobą przerywa mi jednak widok prażonych larw. Kochane bananki!!! 






Z naszych siedzeń powstały dwa łóżka umieszczone jedno nad drugim. Zajmuję dolne. Zasłaniam zasłonę i wyciągam się na legowisku. Podmuch z wentylatora przestał mnie dosięgać, więc uchylam okno, zapalam lampkę nocną i oddaję się rozmyślaniom.  Po zachodzie słońca powietrze na dworze przyjemnie się ochładza, więc delektuję się chwilą.

Od miejscowości Hat Yai, do której dojeżdżamy rano, przesuwające się za oknem świątynie buddyjskie charakterystyczne dla tajskich krajobrazów, zaczynają ustępować miejsca meczetom. Wjeżdżamy, bowiem w rejony zdominowane przez Islam przenikający tu z Malezji. Nieco przed południem dojeżdżamy do Sungai Kolok – miasteczka granicznego. Nie jest tu ładnie, jak to zwykle bywa w miejscach przygranicznych, ale po dwudziestu pięciu godzinach podróży (pociąg opóźnił się o trzy), mam ochotę odpocząć i zjeść zupę. Zupy gotowane na bazie mięsa mielonego lub kaczki i warzyw mój organizm przyjmuje teraz o wiele łatwiej, niż potrawy na gęsto.

Wynajmujemy pokoik w małym hoteliku naprzeciwko dworca autobusowego. Jest głośno, ale względnie czysto. Wiatrak działa, a na dodatek są moskitiery.

Z samego rana przekraczamy granicę na rzece Kolok. Kolejne 30 km do miasteczka Kota Bharu po stronie malezyjskiej pokonujemy w wieloosobowym busie. Podróż zajmuje godzinę, podczas której przenosimy się do krainy meczetów i palm.
Ludzie są mili, a kobiety, jak w Tajlandii, gładzą mnie po brzuchu.

Miasteczko nie rzuca na kolana, ale zapuściwszy się w boczne, gwarne uliczki, można bliżej przyjrzeć się codziennemu życiu Malezyjczyków. 
W ubraniu, zarówno kobiet, jak i mężczyzn widać wyraźny wpływ islamu, a z meczetów rozlega się wołanie muezinów. 70 % mieszkańców miasta deklaruje przynależność do tej religii, ale i tak sporo tu jeszcze naleciałości z pobliskiej Tajlandii. Niektórzy mówią nawet po tajsku, chociaż, jak twierdzą są rdzennymi Malezyjczykami.



Z przyjemnością kluczę alejkami gigantycznego targu, gdzie unosi się woń świeżych owoców. Nad straganami rozpościera się coś w rodzaju galeryjek, skąd można obserwować plac targowy. Jest kolorowo, jak w kalejdoskopie.



Kota Bharu leży nad rzeką Kelantan, która uchodzi tu do Morza Południowochińskiego. Przez to na obrzeżach miasta znajduje się urocza plaża, której nie dotknęła jeszcze ręka komercji. W miejscu typowych w takich miejscach, rzędów leżaków z parasolkami stoją malownicze łódki na tle drewnianych domostw. 



Przez najbliższe dni nie chce mi się jechać dalej. Muszę się zregenerować, tym bardziej, że mieszkamy w uroczym starym, drewnianym domu z wielkim ogrodem. Dzielnica niemalże wiejska. Sielsko – anielska. Sędziwy gospodarz zaoferował nam pokoik na poddaszu, ale i tak, o ile nie penetrujemy zakątków miasta, lubimy przesiadywać w wielkim holu na parterze. Tym bardziej, że gospodarz uwielbia opowiadać, raczyć nas herbatą i pokazywać stare fotografie. Ma też spory księgozbiór, o którym może mówić godzinami. Z każdą książką wiąże się jakaś historia.


Zostanę tu chyba na zawsze. 


poniedziałek, 11 listopada 2013

Spotkanie z historią na Malcie




Malta jest idealnym miejscem na rodzinny wypad o każdej porze roku. Tym bardziej, że jakiś czas temu Ryanair uruchomił tanie bezpośrednie połączenia z Krakowa i Wrocławia. Mimo dobrze rozwiniętej komunikacji autobusowej, jest również doskonałym miejscem eskapad rowerowych. Trzeba się, co prawda, trochę namęczyć podczas sporych podjazdów, ale widoki zrekompensują wszelki trud.

To niewielkie wyspiarskie państwo leży na morzu Śródziemnym ok. 90 km na południe od Sycylii, mniej więcej w połowie drogi między Gibraltarem, a Tel-Avivem. W jego skład wchodzi sześć wysp. Największa z nich to Malta, dwie mniejsze: Gozo i Comino oraz trzy maleńkie i bezludne: Filfla, Cominotto oraz wysepka św. Pawła. Powierzchnia całego archipelagu zajmuje 316 km2, z czego 246 km2 zajmuje Malta. Jej długość z południowego wschodu na północny zachód wynosi 27 km, a szerokość ze wschodu na zachód zaledwie 14 km.  
Ukształtowanie powierzchni na Malcie jest dość równomierne, gdyż większą jej część zajmuje płaskowyż lub tereny wyżynne. Nizina obejmuje jedynie północno-wschodnią cześć wyspy. Najbardziej strome i skaliste jest wybrzeże południowe, gdzie znajduje się najwyższe wzniesienie całego archipelagu – Bingemma Heights mierzące 253 m n.p.m.

Pozbawiony lasów, skalisty krajobraz Malty wydaje się, na pierwszy rzut oka nieco surowy, ale jego wspaniałym uzupełnieniem są uprawy drzew figowych, zarośla makii oraz piękne oleandry.

Śródziemnomorski klimat Malty powoduje, że lata są tu bardzo upalne, a zimy łagodne. Na najwyższe temperatury powietrza i bezchmurne niebo można liczyć od maja do września. Największe opady deszczu występują od października do lutego, ale temperatury są wówczas idealne na podróże rowerowe.

Jak wspomniałam, sieć autobusów na Malce jest rozwinięta doskonale, co pozwala na dotarcie nawet do najmniejszych i odosobnionych miasteczek. Są to żółte zabytkowe pojazdy będące, oprócz kolorowych łódek z oczami, swoistym symbolem wyspy. Na Gozo jest już trochę gorzej, ale tu pomocna okazuje się dobrze funkcjonująca sieć prywatnych mini-busów. Między Maltą, a Gozo kursują promy. Rejs z portu w Cirkewwa na Malce do Mgarr na Gozo zajmuje zaledwie 20 minut, natomiast z Marsamxett do Mgarr około 75 minut.








Objeżdżamy Maltę przez kilka dni z rzędu. Żal nam czasu na byczenie się na plaży, chociaż niektóre kurorty, jak choćby Bugibba, czy Seliema nęcą wakacyjnym klimatem.
W pierwotnej wersji, zamierzaliśmy opuścić stolicę (La Valletta) zaraz po przylocie, ale to wspaniałe miasto tak nas zauroczyło, iż nie możemy oprzeć się zwiedzaniu. Na każdym kroku stykamy się ze śladami przeszłości. Otoczone potężnymi murami obronnymi wąskie uliczki z przylegającymi do nich strzelistymi, bogato zdobionymi kamienicami (ach te misterne maltańskie balkony!), liczne kościoły, pałace i bramy przenoszą nas do zamierzchłych czasów swojego powstania.



Z La Valletty kierujemy się 9 km na południowy wschód do Marsascala  - uroczej portowej wioski leżącej nad zatoką o tej samej nazwie. Jesteśmy pod wrażeniem gościnności mieszkańców. Po zachodzie słońca wychodzą ze swoich domów, by wraz z innymi spożyć kolację i oddać się lokalnym ploteczkom. Siedzimy przy długim stole na środku ulicy z widokiem na zatokę. Rozmowy przebiegają w języku maltańskim łączonym z angielskim, byśmy nie czuli się obco. Nie jesteśmy na bieżąco w rodzinno-sąsiedzkich koligacjach, ale wcale nam to nie przeszkadza. Cieszymy się chwilą i serdecznością obcych nam ludzi. 

Jadąc do Marsascali odwiedzamy położone w pobliżu siebie Tarxien Temples i Hypogeum.

Megalityczne świątynie Tarxien powstały w IV - III wieku p.n.e. i są największym prehistorycznym zespołem budowli na Malcie. Dobrze zachowane ruiny trzech świątyń – Południowej, Centralnej i Wschodniej pozwalają na dokładne wyobrażenie widoku w czasach ich świetności. Badania archeologiczne wykazały, że świątynie nie powstały jednocześnie. Za najstarszą uważa się Wschodnią, a za najwcześniejszą -  Centralną. Otoczone ociosanymi gładko kamiennymi blokami komory modlitewne, ornamentowe nisze, ołtarze oraz bogato zdobione reliefy dodają miejscu swoistej tajemniczości.
Hypogeum zaś to odkryta przypadkowo w 1902 roku podziemna świątynia sprzed pięciu tysięcy lat. Przez niektórych archeologów uważana jest za najbardziej niespotykane sanktuarium w całej Europie. Położona na głębokości 12 m i zajmująca powierzchnię blisko 800 m2 gęsta siatka komór i korytarzy zwieńczona jest tajemniczą, okrągłą salą z gładko wyprofilowanymi, łukowatymi ścianami.



Po opuszczeniu gościnnej wioski rybackiej jedziemy dalej na południe, by odwiedzić świątynie Mnajdra i Hagar Qim – kolejne pozostałości po zespole megalitycznych świątyń sprzed blisko trzech tysięcy lat. Stąd już niewiele drogi pozostaje do Niebieskiej Groty, Pałacu Verdala i Dingli Cliffs.
Niebieska Grota (Blue Grotto) jest jedną z siedmiu położonych u południowych wybrzeży Malty interesujących form skalnych, wokół których krystalicznie czysta woda morska przybiera niespotykane wprost kolory. Wynajętą łódką można stąd dotrzeć do oddalonej o półgodziny, malowniczej Circle Cave. Warto!

Podróżowanie na rowerze z namiotem daje komfort psychiczny, iż nie trzeba z zegarkiem w ręku pilnować godziny dojazdu do hotelu. Nie lubiąc jazdy o zmroku, można w dowolnym momencie chylenia się słońca ku zachodowi, rozbić namiot na trasie. Nie trzeba robić tego „na dziko”, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto użyczy miejsca na swoim gruncie. Spanie w szmacianym domku daje też możliwość taniego utrzymania, gdyż zamiast kolacji w restauracji można „upichcić” coś na świeżym powietrzu, o ile zabierzemy ze sobą kocherek. J



Pałac Verdala z ogrodami Buskett to letnia rezydencja Wielkiego Mistrza Zakonu Maltańskiego – Jana Verdala z 1586 roku, która obecnie służy za sezonowy pałac prezydenta Malty. Wspaniałe tropikalne ogrody zostały zaprojektowane w XVII wieku z myślą o polowaniach, a obecnie są miłym schronieniem przed letnim palącym słońcem.

W okolicy położonych dalej Dingli Cliffs odnajdujemy spokój ducha, gdyż widoki sprzyjają refleksji i kontemplacji. Wpadające do turkusowego morza strome urwiska oraz dzika roślinność tworzą urzekający krajobraz, którego nie spotykamy już w żadnym innym miejscu na wyspie. Właśnie tutaj znajduje się najwyższy szczyt archipelagu.

Właściwie trudno opisywać Maltę, gdyż w każdym miasteczku można znaleźć urocze widoki, miłych mieszkańców i ciekawe miejsca. Poszukiwaczom śladów zamierzchłej przeszłości można polecić pobyt w dawnej stolicy wyspy (do 1571 r.) Mdinie, nazywanej dziś Miastem Ciszy. Leży ono w centralnej części wyspy na wzgórzu i sprawia wrażenie miejsca, w którym czas zatrzymał się dobre kilka wieków temu.
Całe miasto otoczone jest murami obronnymi, do których wejścia strzegą dwie zabytkowe bramy. Po ich przekroczeniu przenosimy się do innego, wolnego od pośpiechu i cywilizacji świata. Klucząc krętymi, wąskimi uliczkami, dochodzimy do XVII-wiecznej katedry św. Pawła, którą wybudowano w miejscu, gdzie niegdyś stała willa rzymskiego namiestnika Publiusza. Wnętrze katedry przytłacza wręcz swym bogactwem, a liczne freski Matnia Preti (Calabrese il Cavaliere) przedstawiają sceny z życia św. Pawła. Warto zwrócić uwagę na umieszczone w posadzce misternie zdobione, marmurowe płyty nagrobne miejscowych dostojników. 



Odwiedzając Mdinę „zahaczamy” o pobliski Rabat, który do IX wieku stanowił jej dzielnicę. Może nie odczuwa się tu niepowtarzalnego klimatu przeszłości, ale na uwagę zasługują dobrze zachowane katakumby św. Agaty i św. Pawła. Pochodzą one z IV wieku i są systemem korytarzy biegnących wokół wykutych w skale grobów, które umożliwiają zapoznanie się ze sposobem pochówku pierwszych chrześcijan.

Katakumby św. Agaty są mniejszy od św. Pawła, ale wydają się bardziej przemawiać do zwiedzających, zwłaszcza, że w niektórych komorach grobowych ciągle spoczywają szczątki zmarłych. W poprzedzającej labirynt korytarzy krypcie można zobaczyć unikalne freski z XII i XV wieku. Według tradycji to tutaj miała znaleźć schronienie święta Agata w roku 250 podczas ucieczki przed prześladowcami z Sycylii. 


Z Malty wypływamy na Gozo.