"Liczy się jedynie droga. To ona trwa, a nie cel, który jest złudzeniem wędrownika, kiedy idzie od jednego grzbietu góry ku drugiemu, tak jakby osiągnięty cel miał jakiś sens." (Antoine de Saint-Exupéry, "Twierdza")
Santorini – perła Cyklad, wyspa o niezwykłej historii, zachwycającej architekturze i zapierających dech w piersiach widokach. Choć to niewielki kawałek Grecji, kryje w sobie mnóstwo miejsc, które potrafią zauroczyć nawet najbardziej wymagające gusta. Krążą różne opinie na temat: "warto, czy nie warto?", ale ja będę się upierać, że warto. Wyspa jest na tyle duża, że nawet w sezonie można znaleźć miejsca, w których nie przytłoczą nas tabuny turystów, zwłaszcza, jeśli lubimy górskie wędrówki. Duża liczba pieszych szlaków turystycznych, sprawia, że nawet w sezonie, można tu zaszyć się w odosobnieniu. Można też przedostać się na sąsiednią Thirassię, która gwarantuje spokój, ciszę i sielską atmosferę.
Oia - to bez wątpienia najbardziej znane miasteczko na Santorini. Białe domki z niebieskimi kopułami wciśnięte w klif, wąskie uliczki pełne galerii i butików. Oia to wizytówka wyspy, znana nawet tym, którzy nigdy nie odwiedzali wyspy. Bo któż z nas choćby raz nie widział plakatu, obrazu czy puzzli z charakterystycznym widokiem białych budynków z niebieskimi kopułami na tle niebieskiego morza? To właśnie Oia. Najpopularniejszą atrakcją tego miasteczka, oprócz wspomnianych kopuł, jest zachód słońca. Tłumy ludzi zbierają się każdego wieczoru, by podziwiać, jak słońce zanurza się powoli w Morzu Egejskim.
Drugie znane miasteczko, to Fira - stolica wyspy oferuja wszystko, czego może chcieć turysta – sklepy, restauracje, bary i niesamowite widoki na kalderę. Fira to także dobre miejsce na rozpoczęcie spaceru wzdłuż klifu do Oii – trasa zajmuje ok. 2–3 godziny i jest pełna spektakularnych widoków.
Miłośnicy historii i architektury koniecznie powinni odwiedzić wykopaliska w Akrotiri. To starożytne minojskie miasto zostało zasypane przez wybuch wulkanu około 1600 roku p.n.e. Dziś można zwiedzać świetnie zachowane ruiny domów i ulic – to fascynująca podróż w czasie.
Nie sposób mówić o Santorini, nie wspominając o wulkanie, który ukształtował jej dzisiejszy krajobraz. To właśnie potężna erupcja sprzed tysięcy lat nadała wyspie charakterystyczny kształt półksiężyca i stworzyła słynną kalderę – ogromne zagłębienie wypełnione wodą Morza Egejskiego, otoczone przez strome klify. Około 1600 roku p.n.e. doszło do jednej z najbardziej gwałtownych erupcji w historii ludzkości – wybuch tak potężny, że zniszczył starożytne miasto Akrotiri, a popioły wulkaniczne dotarły aż do Egiptu. Niektórzy badacze uważają, że to właśnie to wydarzenie mogło być inspiracją dla mitu o zaginionej Atlantydzie. Dziś sercem kaldery jest wyspa Nea Kameni, na której znajduje się czynny wulkan. Choć ostatnia potężna erupcja miała miejsce w 1950 roku, teren wciąż jest aktywny geotermicznie. Wspinając się na szczyt wulkanu zobaczymy niemal księżycowy krajobraz obfitujący w czarne, porowate skały, dymiące szczeliny i zapach siarki unoszący się w powietrzu. W pobliżu Nea Kameni znajduje się mniejsza wysepka Palea Kameni, znana z ciepłych źródeł termalnych. Rejsy statkiem często obejmują możliwość kąpieli w siarkowych wodach o temperaturze ok. 35–37°C.
Tuż obok, po drugiej stronie kaldery, leży mała, niemal zapomniana wyspa Thirassia. Choć dzieli je zaledwie kilka kilometrów i wspólna historia wulkaniczna, te dwie wyspy różni prawie wszystko. Thirassia to prawdziwa oaza spokoju – idealne miejsce dla tych, którzy chcą uciec od tłumów i poczuć klimat dawnej Grecji. Można tu dotrzećłodzią z Oii, Firy lub w ramach rejsu po kalderze, który często obejmuje przystanek na tej wyspie. Podróż trwa zaledwie kilkanaście minut, ale przenosi nas w zupełnie inny świat – bez luksusowych hoteli, bez tłumów, za to z gościnnymi mieszkańcami i autentyczną atmosferą. Manolas, to główna miejscowość na wyspie, położona na dość wysokim wzgórzu. Można się tam wspiąć po kilkuset schodach. W nagrodę czekają wąskie uliczki, tradycyjne domy i piękne widoki na sąsiednią Santorini.
Jeśli chodzi o plażowanie w Grecji lądowej, to szczególnie upodobałam sobie dwa miejsca, które – choć oddalone od siebie i zupełnie różne – zachwyciły mnie na swój własny sposób. Mowa o tętniącej życiem Kalamacie i spokojnym, niemal ukrytym Kokkino Nero.
Kalamata leży nad morzem Jońskim, na południu Peloponezu i jest znana przede wszystkim z... oliwek. Tutejsze gaje oliwne ciągną się aż po horyzont, a lokalne oliwy to podobno absolutna poezja smaku. Centrum Kalamaty to ulice pełne kawiarni, sklepów oraz urocze place, gdzie mieszkańcy godzinami piją kawę, rozmawiając o wszystkim i o niczym. Do tego port i długa, zadbana promenada nad samym morzem – idealna na wieczorne spacery. Pełno tu tawern z muzyką na żywo, które obowiązkowo serwują greckie souflaki. Oczywiście i tu możemy liczyć na błogi spokój, o ile wybierzemy się po sezonie turystycznym.
Kilkaset kilometrów dalej, na wschodnim wybrzeżu Grecji, odkryłam Kokkino Nero – malutką, spokojną miejscowość u stóp gór Ossa. Jej nazwa oznacza „Czerwona Woda” – i rzeczywiście, tutejsze źródła mineralne barwią skały na rdzawy kolor. Legenda mówi, że woda ma właściwości lecznicze – i trudno w to nie wierzyć, gdy zanurzasz się w naturalnych basenach w cieniu drzew, słuchając szumu górskiego potoku. Kokkino Nero to miejsce idealne dla tych, którzy chcą uciec od tłumów i wyciszyć się wśród natury. Plaże są tu kameralne, z krystalicznie czystą wodą i widokiem na bezkresne Morze Egejskie. A wieczorem tylko cykady i szum fal.
W porównaniu do Kalamaty, Kokkino Nero wydaje się niemal uśpione. Zero pośpiechu, mało turystów, kontakt z lokalną kulturą na wyciągnięcie ręki. Spacer po wiosce, rozmowa z właścicielem tawerny, który sam łowi ryby i herbata wypita z widokiem na góry – to właśnie esencja tego miejsca.