Jeśli kiedyś wybierzesz się do Londynu — koniecznie zaplanuj wizytę w Daunt Books. To miejsce, które chyba najbardziej pokazuje, że księgarnia może być czymś więcej niż sklepem — prawdziwą świątynią książek, atmosferą i marzeń o podróżach.
oczątki Daunt Books sięgają roku 1990, kiedy to założona została przez James Daunt — bankowca, który porzucił świat finansów, by zrealizować marzenie o księgarni. Wtedy to kupił lokal przy Marylebone High Street — ale budynek ten miał już za sobą długą książkową historię. Od połowy XIX wieku, a od 1860 roku formalnie, funkcjonowała tu poprzednio księgarnia antykwaryczna o nazwie Francis Edwards. W 1999 roku Daunt Books rozszerzyło się, zajmując sąsiedni lokal, by dziś oferować ogromną powierzchnię księgarnianą — z trzema poziomami galerii książkowych, długimi drewnianymi balkonikami, świetlikami i witrażami. Wnętrze łączy elegancję dawnej epoki z funkcją nowoczesnej księgarni — tak, by każda wizyta była swoistym przeżyciem. Cisza, skrzypiąca drewniana podłoga, światło wpadające przez świetliki, setki regałów pełnych książek — to wszystko sprawia, że czas płynie tu wolniej.
Choć początkowo Daunt Books był specjalistyczną księgarnią podróżniczą, to
dziś jego oferta jest znacznie bogatsza. Oczywiście — podróże, przewodniki,
reportaże, literaturę z różnych stron świata — to nadal fundament. Ale do tego
dochodzą działy z literaturą piękną, non-fiction, biografiami, historią,
książkami o ogrodnictwie, sztuce, a także nowościami w twardej i miękkiej
oprawie. Unikalny sposób ekspozycji — książki posortowane według kraju/regionu, a nie alfabetycznie —
sprawia, że przeglądanie ich to prawdziwa podróż palcem po mapie świata. Dzięki
temu łatwo natrafić na coś zupełnie nowego, co nie byłoby widoczne w klasycznym
układzie.
Poza książkami — często dostępne są też ciekawe rzeczy dodatkowe: akcesoria papiernicze,
kalendarze, drobne upominki. Dla wielu jednak największym hitem jest...
torba-shopper – bawełniana torba z logo Daunt. Choć początkowo była zwykłym
opakowaniem na zakupy, z czasem stała się kultowym gadżetem, który można
spotkać na uczelniach, w podróżach i w rękach książkoholików z całego świata.
Jeśli fascynuje Cię sztuka, design i historia kultury — w planie zwiedzania Londynu warto zapisać Victoria and Albert Museum (V&A). To muzeum, które łączy w sobie wszystko — od starożytności po modę współczesną, od rzemiosła artystycznego po architekturę — zapraszając do podróży przez tysiące lat kreatywności człowieka. V&A swoje korzenie ma już w 1852 roku — wtedy utworzono instytucję zwaną „Museum of Manufactures”. Kolekcje pochodziły m.in. z Wystawy Światowej 1851 r. Obecny budynek zaprojektował architekt Sir Aston Webb, a otwarto go w 1909 roku. Na przestrzeni lat muzeum rozrosło się i dziś zajmuje teren ok. 12,5 akrów i mieści około 145 galerii. V&A nie jest tylko kolekcją, to hołd dla sztuki użytkowej, rzemiosła, designu, mody i wszelkich form artystycznej ekspresji. Już od połowy XIX wieku jego misją było promowanie dobrego wzornictwa i podnoszenie estetyki codziennego życia.
Dziś budynek — neoklasycystyczny, z bogatą architekturą, pięknymi klatkami schodowymi, misternymi salami — sam w sobie jest częścią wystawy. Wnętrza i przestrzenie muzeum dają poczucie obcowania z historią designu i sztuki na najwyższym poziomie. Zbiory V&A obejmują ponad 5000 lat ludzkiego dorobku artystycznego, z obszarów Europy, Azji, Ameryki Północnej, Afryki Północnej. To rzeźby, malarstwo, rzemiosło użytkowe, tkaniny, meble, biżuteria, ceramika, szkło, metaloplastyka, fotografia i wiele innych.
Wśród znanych i często polecanych atrakcji znajdziesz:
-
Salę odlewów (Cast Courts) — z odlewami dzieł m.in. z antyku i renesansu: kopie rzeźb, elementów architektury i detali artystycznych.
Rzeźby klasyczne — w tym odlewy takich mistrzów jak Michelangelo Buonarroti. Wiele z tych prac dostępnych jest dla zwiedzających, co czyni V&A jednym z niewielu miejsc, gdzie można zobaczyć klasykę bez konieczności podróży do Wenecji czy Florencji.
Zbiory designu, ceramiki, szkła, metalu, tkanin — meble, porcelana, szkło artystyczne, biżuteria, metaloplastyka, tkaniny, stroje z różnych epok i kultur.
-
Moda i biżuteria, rzemiosło użytkowe, dekoracje — dla tych, którzy interesują się estetyką codzienności: tekstylia, meble, przedmioty użytkowe, a także kostiumy i biżuteria.
-
Sztuka z różnych stron świata — V&A nie ogranicza się do Europy: są kolekcje azjatyckie, bliskowschodnie, północnoafrykańskie, co czyni z muzeum niezwykle zróżnicowaną podróż przez kultury.
Dla mnie to właśnie ta różnorodność — od antyku przez renesans, barok, klasycyzm, po nowoczesność i design — czyni V&A fascynującym miejscem, którego nie można pominąć na mapie Londynu.
Jeśli będziesz w Londynie i interesuje Cię historia Polski na emigracji — warto zwrócić uwagę na Instytut Polski i Muzeum im. gen. Sikorskiego. To miejsce wyjątkowe — archiwum, muzeum i depozytorium pamięci o Polakach, którzy po II wojnie światowej znaleźli się na emigracji. Instytut powstał 2 maja 1945 roku jako Instytut Historyczny im. gen. Sikorskiego — tuż po zakończeniu II wojny światowej. Jego głównym celem było zabezpieczenie dokumentów, archiwów i pamiątek polskich instytucji cywilnych i wojskowych, które znalazły się na emigracji. W 1965 roku doszło do połączenia Instytutu Historycznego z kolejną placówką — Polski Ośrodek Naukowy — i od tamtej pory działa pod obecną nazwą Instytut Polski i Muzeum im. gen. Sikorskiego. Lokalizacja instytutu to elegancka kamienica pod adresem 20 Prince’s Gate w zachodnim Londynie, tuż przy Hyde Parku — niedaleko innych instytucji i ambasad. Budynek pochodzi z połowy XIX wieku.
Dzięki tej instytucji historyczne świadectwa — dokumenty, archiwa, pamiątki — przetrwały i są dostępne nawet wtedy, gdy w Polsce przez dekady panowała cenzura. To sprawia, że Instytut Sikorskiego stał się kluczowym punktem pamięci o Polskim Państwie Podziemnym, Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie i całej polskiej emigracji wojennej.
Instytut łączy w sobie archiwum, muzeum, bibliotekę oraz kolekcje fotograficzne i audiowizualne. Najciekawsze kategorie to:
-
Dokumenty i archiwa — ponad 2 km półek w archiwum: akta państwowe i wojskowe, dzienniki jednostek, rozkazy, kroniki, dokumenty rządu na uchodźstwie, materiały dotyczące zrywu wrześniowego 1939, działań Polskiego Państwa Podziemnego i Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie.
-
Muzealne artefakty — broń, mundury, proporce, sztandary (w tym sztandarów jednostek walczących w II wojnie światowej), odznaczenia, medale, odznaki, plakaty, mapy, rysunki i obrazy. W zbiorach znajdują się m.in. mundur Władysław Sikorskiego — odzyskany z morza po katastrofie samolotu w Gibraltarze.
-
Fotografie, publikacje, kroniki i materiały audio-wideo — tysiące negatywów, zdjęć, albumów, kronik oraz ok. 1300 taśm filmowych i nagrań dźwiękowych dokumentujących losy Polski i Polaków.
-
Archiwum prywatne i pamiątki osobiste — kolekcje darowizn od kombatantów, emigrantów, ich rodzin; dokumenty, listy, pamiątki osobiste, fotografie, materiały opowiadające o życiu Polaków na emigracji.
Tuż obok peronu stoi miś Paddington — bohater książek Michaela Bonda, który właśnie na tej stacji miał wysiąść z pociągu z dalekiego Peru, z walizeczką i karteczką „Please look after this bear”. Figurkę Paddington Bear łatwo przeoczyć, ale dla wielu jest ona symbolem dzieciństwa, życzliwości i pierwszego spotkania z Londynem. Miś siedzi spokojnie, jakby wciąż czekał na rodzinę Brownów — i uśmiecha się do tych, którzy zwolnią na chwilę krok. Pod stacją kolejową rozciąga się Paddington Underground — jedna z bardziej skomplikowanych stacji metra w Londynie, obsługująca kilka linii. Jest tu głośniej, szybciej i bardziej anonimowo, ale nawet w tej przestrzeni pojawiają się dyskretne nawiązania do bajkowego misia: ilustracje, motywy, pamiątki w sklepikach.
Paddington to miejsce graniczne — między podróżą a domem, pośpiechem a nostalgią. Można tu tylko przesiąść się do metra, ale można też na chwilę przystanąć, spojrzeć na misia z walizką i przypomnieć sobie, że Londyn — mimo swojej skali — potrafi być ciepły, bajkowy i zaskakująco ludzki.
Kilka kroków od Paddington Station, w przestrzeni zdominowanej przez ruch, walizki i pośpiech, natknęłam się na instalację, która zmusza do zatrzymania się. „The Wild Table of Love” autorstwa duetu Gillie and Marc zwraca uwagę - poprzez skalę, realizm i niezwykłe zestawienie. Przy długim stole siedzą zwierzęta: nosorożec, słoń, lew, zebra, goryl, hipopotam. Nie są uśmiechnięte ani bajkowe. Mają ciężar ciała, napięcie mięśni, skupienie w spojrzeniach. Między nimi dwie postacie-hybrydy, Rabbitwoman i Dogman — alter ego artystów. Scena przypomina uroczysty posiłek albo naradę, w której każdy gest ma znaczenie. Na stole stoją naczynia, dzbanki, owoce — wszystko odlano z brązu, z dbałością o najmniejszy detal. Najmocniejsze są jednak dwa puste miejsca. Nieprzypadkowe. To zaproszenie dla przechodniów, by symbolicznie dołączyli do stołu. Przekaz jest prosty i niewygodny zarazem: jeśli siadamy razem, bierzemy odpowiedzialność. Za świat przyrody, który znika, i za decyzje, które odkładamy na później. Bliskość stacji Paddington ma tu znaczenie. To miejsce tranzytu — ludzie są w drodze, myślami gdzie indziej. Instalacja wchodzi w ten rytm jak przeszkoda, która każe zwolnić. Nie opowiada bajki; stawia pytanie. W kontraście do pobliskich, bardziej lekkich akcentów tej okolicy, „The Wild Table of Love” jest manifestem: o empatii, współistnieniu i o tym, że ochrona zagrożonych gatunków nie jest abstrakcją, lecz wspólnym stołem, przy którym wszyscy mamy miejsce.
Mówiąc o londyńskich pomnikach związanych z podróżą i emocjami, nie sposób pominąć rzeźby stojącej w sercu St Pancras International. To „The Meeting Place” — monumentalna praca autorstwa Paul Day, jedna z bardziej znanych realizacji sztuki publicznej w Londynie. Na pierwszy plan wysuwa się para obejmujących się kochanków. Są wyraźnie powiększeni, jakby wyjęci z chwili, która nie chce się skończyć. To moment ich spotkania — albo pożegnania — zawieszony w czasie, dokładnie tam, gdzie takie chwile zdarzają się codziennie. Jednak prawdziwa siła tej rzeźby kryje się u podstawy. Wokół cokołu biegnie rozbudowany, realistyczny brązowy relief, który opowiada historię kolei i samego St Pancras. Widać tu tłumy pasażerów, walizki, kapelusze, gazety, sceny radości i rozstania, ale też epizody mroczniejsze: deportacje, strach, anonimowość masy. Są twarze skupione, zamyślone, zmęczone. Jest pośpiech i bezruch jednocześnie. To niemal film wyrzeźbiony w metalu.
Detale robią ogromne wrażenie: zmarszczki, fałdy ubrań, nerwowe dłonie ściskające bilety czy książki. Relief czyta się jak kronikę — nie heroizującą historii, lecz skupioną na zwykłych ludziach i ich losach. Kolej nie jest tu symbolem postępu, ale ludzkiego doświadczenia: nadziei, migracji, ucieczki, powrotu.
Kontrast między spokojem pary na górze a gęstością scen poniżej jest zamierzony. Miłość i bliskość zostają wyniesione ponad chaos świata, ale nie są od niego oderwane. Stojąc obok rzeźby, ma się wrażenie, że każdy podróżny mógłby dopisać do niej własną historię. To pomnik, który idealnie pasuje do miejsca. St Pancras nie jest tylko dworcem — to przestrzeń spotkań, rozstań i ciągłego ruchu. „The Meeting Place” nie dominuje tej przestrzeni, ale ją dopełnia, przypominając, że za każdym biletem i każdym pociągiem stoi czyjeś życie, emocje i chwila, która dla kogoś jest najważniejsza na świecie.
























































