Rozdziały
- Albania (4)
- Arabia Saudyjska (2)
- Bergen (1)
- Bośnia (1)
- Czarnogóra (5)
- Czym się da (4)
- Dziecko w podróży (4)
- Egipt (1)
- Grecja (2)
- Gruzja (19)
- Istambuł (4)
- Italia (2)
- Jordania (5)
- Kambodża (1)
- Laos (6)
- Macedonia Północna (3)
- Majorka i Minorka (4)
- Malezja (1)
- Malta (3)
- Maroko (6)
- Podróże małe i duże (97)
- Polska (8)
- Rowerem przez Afrykę (41)
- RPA (6)
- Rumunia (2)
- Skanseny (5)
- Tajlandia (12)
- Teneryfa i Fuertaventura (2)
- Tunezja (3)
- Włóczęgi z Kuniem (4)
- Z dziennika podróży... (42)
czwartek, 19 grudnia 2013
Safari w cieniu obozowiska
czwartek, 12 grudnia 2013
Nie karmić hien!
wtorek, 3 grudnia 2013
Jak Katarzyna Radziwiłłowa w Afryce "działała" ;)
czwartek, 28 listopada 2013
Pancerny pociąg z "Trzeciego Świata" i ukłon w stronę PKP
sobota, 23 listopada 2013
Kobieta pracująca ;)
piątek, 22 listopada 2013
Wodospad Kuang Si, Laos
Kolejny dzień i kolejna przeprawa przez Mekong. Wracam do Luang Prabang, by stamtąd dostać się do wioski Long przy wodospadzie Kuang Si. Z Luang Prabang trzeba pokonać około 30 kilometrów na południe. Kuang Si to trzypoziomowy wodospad z licznymi, płytkimi basenami i niewiarygodnie turkusową wodą. Leży na jednym z wiecznie zielonych wzgórz. Udaje mi się znaleźć nocleg w bardzo przyjaznym hosteliku, którego drewniane chatki rozlokowane są praktycznie u podnóża wodospadu. Jestem zachwycona atmosferą tego miejsca. Mogłabym zostać tu zawsze i żywić się wyłącznie papajami, których jest tu pod dostatkiem. Wioskę otaczają także plantacje bananów. Wszędzie unosi się ich "lepki" zapach. Każdy, kto "zabłądzi" w te strony, powinien odwiedzić także pobliską jaskinię, do której prowadzi malownicza dróżka przez dżunglę.
Rejs po Mekongu z Luang Prabang do Pak Beng
Kolejnego dnia opuszczam przepiękne Vang Vieng i ruszam autobusem dalej na północ, do ujścia rzeki Nam Khan, znajdującego się przy Luang Prabang - do 1975 roku będącego stolicą Laosu. Tutaj muszę przesiąść się na prom kursujący po Mekongu, którą dopłynę w okolice wioski Pak Beng. Podczas całodziennego rejsu widoki zapierają dech. Mogę do woli przyglądać się powolnemu życiu mieszkańców nadrzecznych wiosek. Co jakiś czas zatrzymujemy się przy malutkich przystaniach, by wysadzić lub zabrać pasażerów. Drewniane promy obsługujące tę trasę przypominają gigantyczne czółna. Są zadaszone plandekami, by osłaniać przed słońcem, czy ewentualnym deszczem w porze deszczowej.
Pak Beng wita mnie promieniami zachodzącego słońca oraz rzeszą przedstawicieli rozmaitych hotelików, którzy zapraszają na nocleg. Decyduję się na jedno z zaproszeń i wynajmuję pokój z widokiem na rzekę w maleńkim guest-housie położonym przy głównej ulicy. "Naganiacz" prowadzi mnie do drewnianej recepcji, gdzie otrzymuje prowizję za przyprowadzenie gościa, czyli mnie. Czym prędzej zostawiam w pokoiku plecak i ruszam na wieczorny spacer po wiosce. Po zachodzie słońca przysiadam na ławeczce przy jednym ze sklepików. Piję wszędobylską Colę i delektuję się chwilą.
Następnego dnia od rana penetruję okolicę i chłonę atmosferę wioski. Mieszkańcy zatrzymują się na pogawędki. Jest bardzo rodzinnie. Korzystam z propozycji przeprawienia się na drugi brzeg, by odwiedzić ośrodek ochrony słoni.