"Liczy się jedynie droga. To ona trwa, a nie cel, który jest złudzeniem wędrownika, kiedy idzie od jednego grzbietu góry ku drugiemu, tak jakby osiągnięty cel miał jakiś sens." (Antoine de Saint-Exupéry, "Twierdza")
Wat Arun to niewątpliwie jedna z najbardziej charakterystycznych budowli Bangkoku. Leży na zachodnim brzegu Menam, a swą nazwę zawdzięcza hinduskiemu bogu Arudzie, uosabianemu jako promienie wschodzącego słońca.
Główna wieża (prang) mierzy 70 metrów wysokości i symbolizuję mityczną górę Meru, która według buddyzmu stanowi centrum wszechświata. Na jej szczyt, skąd podziwiać można przepiękną panoramę Bangkoku, prowadzą strome schodki.
Cechą charakterystyczną Wat Arun, która wyróżnia ją spośród tysięcy innych świątyń w Tajlandii, jest chińska porcelana wypełniająca każdy skrawek jej murów. Kolorowe fragmenty naczyń i kafelek były używane jako balast na statkach płynących niegdyś z Chin do Bangkoku.
Oryginalny pomysł budowniczych nadał temu miejscu wyjątkowego charakteru.
Cytadela w Ammanie to obowiązkowy punkt programu turystów odwiedzających stolicę Jordanii. Z samego rana udaję się więc do wejścia na ogromne stanowisko archeologiczne leżące, tak jak i mój uroczy Citadel Rooms Apartment, na jednym z siedmiu wzgórz tworzących niegdyś cały Amman. Cena biletu wstępu ujęta jest w Jordan Pass, wystarczy więc tylko skan aplikacji. Szacuje się, że wzgórze stało się stolicą Królestwa Ammona ok. 1200 rpne, ale odnaleziono ślady działalności człowieka już w okresie brązu - (1650-1550 p.n.e.). Kolejne wieki, to panowanie m. in. Greków, Rzymian i Arabów, aż do lat siedemdziesiątych XIX wieku, kiedy to miasto zaczęło popadać w ruinę.
Pomimo, iż spora część budowli na wzgórzu pozostaje jeszcze niezbadana, spory obszar udostępniono zwiedzającym. Głównymi atrakcjami są pozostałości rzymskiej Świątyni Herkulesa, Pałacu Umajjadów, który pełnił prawdopodobnie funkcję budynku administracyjnego lub rezydencji urzędnika oraz bizantyjskiego kościoła. W 1951 roku na wzgórzu wybudowano Muzeum Archeologiczne prezentujące odnalezione na terenie Jordanii artefakty od czasów prehistorii do XV wieku. Może się ono poszczycić kolekcją rzeźby rzymskiej, przedmiotami codziennego użytku, takimi jak ceramika czy biżuteria oraz ciekawym zbiorem dawnych monet.
Ze wzgórza Cytadeli rozciąga się wspaniały widok na współczesny Amman. Widać stąd także Amfiteatr Rzymski z II wieku, który mógł pomieścić 6 tysięcy widzów. Na jednym z filarów znajduje się grecka inskrypcja świadcząca, iż amfiteatr ten został zbudowany na cześć cesarza Antoninusa Piusa (138–161 n.e.). Wydrążony w zboczu wzgórza, nie tylko doskonale wpisuje się w naturalny krajobraz, ale także zachował swój majestat mimo upływu czasu. Dziś jest nie tylko atrakcją turystyczną, lecz również tętniącym życiem miejscem koncertów i wydarzeń kulturalnych. Spacerując po jego kamiennych stopniach, łatwo wyobrazić sobie tłumy sprzed dwóch tysięcy lat – emocjonujące przedstawienia, odgłosy muzyki i gwar rozmów. To niezwykłe połączenie przeszłości z teraźniejszością sprawia, że amfiteatr w Ammanie pozostaje jednym z najbardziej fascynujących punktów na mapie Bliskiego Wschodu. Turyści mogą swobodnie wejść na teren amfiteatru i wspiąć się na jego najwyższe rzędy, skąd rozpościera się zapierający dech w piersiach widok na arenę i panoramę miasta. Szczególnie warto odwiedzić to miejsce o zachodzie słońca, kiedy złote światło podkreśla strukturę kamieni, a cień powoli spowija scenę – wtedy amfiteatr nabiera niezwykłego, niemal magicznego klimatu.
Jednym z najlepszych sposobów na poczucie autentycznej atmosfery Ammanu jest spacer po tętniącej życiem Rainbow Street i dalsze zanurzenie się w klimatycznych uliczkach Down Town. Rainbow Street, położona na wzgórzu Jabal Amman, to miejsce, gdzie nowoczesność spotyka się z historią. Można tu znaleźć modne kawiarnie, galerie sztuki, sklepy z rzemiosłem i tradycyjne restauracje serwujące hummus, falafel czy świeży sok z granatów. To idealna przestrzeń na spokojne popołudnie z widokiem na stare miasto i wieczorne życie lokalnej młodzieży. Zaledwie kilka kroków dalej zaczyna się Down Town - Dolne Miasto – najstarsza i najbardziej autentyczna część Ammanu. Spacerując wąskimi uliczkami wśród zapachów przypraw, pieczonych orzechów i dźwięków nawoływań handlarzy, można poczuć prawdziwy puls miasta. To tu znajdują się tradycyjne suki, meczety, kawiarnie z shishą i kultowe miejsca jak restauracja Hashem. Przechadzka tymi uliczkami to okazja do spotkań z mieszkańcami, obserwowania codziennego życia i zrobienia zakupów w miejscu, gdzie tradycja nadal żyje. Połączenie Rainbow Street i Down Town to idealny sposób na zrozumienie kontrastów i uroku Ammanu – miasta, które nieustannie balansuje między dawnym a nowym.
Na pierwszy nocleg w Ammanie wybieram pokój wieloosobowy w jednym z hosteli w Down Town. Na lotnisku decyduję się na autobus miejski, którym dojeżdżam do dzielnicy Abdali. Tutaj mogłabym zatrzymać jedną z taksówek (góra za 2 JOD), ale oczywiście "żyłuję" na taką ekstrawagancję i dalej idę pieszo kierując się GPS-em. Jest gorąco, ale uwielbiam taki stan rzeczy. Do tego nie podróżuję z dużym bagażem, więc kluczę uliczkami z przyjemnością. Nadkładam sporo drogi, bo mapy, ani nawigacje nie są moją mocną stroną. Na ulicę króla Hussaina docieram w słońcu późnego popołudnia. Klatka schodowa w kamienicy, gdzie znajduje się hostel nie urzeka, ale zazwyczaj w dużych miastach tak to wygląda. Hostel, jeden z dwóch w tym budynku mieści się na drugim piętrze. W recepcji nikogo nie ma, więc używam dzwoneczka. Zjawia się Pani, dopełnia formalności meldunkowych i inkasuje równowartość 30 zł za łóżko w sali trzyosobowej. Jestem pierwsza, więc mogę wybrać łóżko. Zajmuję te przy oknie, zostawiam plecak i idę na oględziny łazienki, która znajduje się na korytarzu. Jest względnie czysta i dość duża. Do dyspozycji gości pozostaje papier toaletowy i mydło w dozowniku przy umywalce. Co do pokoju, to również nie mam uwag. Na każdym łóżku znajduje się czysta pościel i gruby koc w razie zimnej nocy. Są nocne szafki z kontaktem przy każdej z nich, duża bezsensowna szafa, bo raczej nikt nie przyjeżdża do takiego pokoju na dłużej. Zostawiam plecak i nie tracąc czasu ruszam na spacer po Down Town. Jest bardzo przyjemnie i egzotycznie. Spory ruch, wokół stragany i sklepiki ze wszystkim. Czuć zapach przypraw zmieszany z dymem kadzidełek. Decyduję się na szklankę wyciskanego soku z pomarańczy. Siadam na małym stołeczku i czekam, aż sprzedawca wyciśnie owoce. Zamieniamy parę słów, z czego wywiązuje się miła pogawędka. Przemierzam gwarnymi ulicami do zachodu słońca. Ammann leży na wzgórzach, więc otaczają mnie ładne widoki. Do tego jestem pozytywnie zaskoczona uprzejmością mieszkańców jordańskiej stolicy.
Zaczęła się moja fascynująca przygoda z Jordanią i już po kilku dniach wiem, że kocham ten kraj. Jest tak cudnie, miło i wspaniałe, że nie wiem, jak przyjdzie mi rozstać się z tym miejscem. Przed przyjazdem tutaj, przyznaję, chwilę się zastanawiałam... Czy wypada, że kobieta, że sama, bo kraj arabski... Dziś stwierdzam, że była to najgłupiej stracona chwila.
Za mną Petra i pustynia Wadi Rum, obiad z Beduinami, Aqaba nad morzem Czerwonym i obecnie - Amman. Wszystko to na własną rękę, bez wspierania się lokalnymi wycieczkami, których cen nie udźwignęłyby me ramiona - wolę plecak. Bazuję na autobusach i ludziach, którzy chętnie zorganizują niewiaście, to czego jej potrzeba. A zawsze jest w okolicy jakiś wuj Ahmed, który jutro będzie przejazdem tu, czy tam i zapewne służy pomocą. Niewiarygodne, że w dzisiejszych czasach wciąż można spotkać takich ludzi... A teraz przesłanie - jeśli ktoś się zastanawia, chciałby, ale się boi, waha, marudzi... Niech natychmiast przestanie i rusza w drogę! Jordania czeka wraz z jej wspaniałymi mieszkańcami. A co mogę powiedzieć po odwiedzeniu Petry? Ją trzeba zobaczyć! Niezależnie od tego, co "ludzie gadają"... Maruderzy zawsze się znajdą i zawsze będą zrzędzić: że turyści, że nachalni Arabowie, że dużo kilometrów, że gorąco... I co z tego? To jest PETRA!! I choćby na czworakach, mogę tam znów popędzić choćby zaraz.
Gorąco? Było. Wysiłek? Spory. Tętno skoczyło do 162. Na dodatek ugryzł mnie wielbłąd (i zapewne nie był szczepiony). Nauczka pozostanie - niech ciocia Ania nie włazi więcej w stado wielbłądów, nie mizia za uchem i nie da się zwieść ich pięknym oczom. A tak na poważnie, to samochód zakopał się w piachu, zabuksował kołami i przestraszył biedne wielbłądzisko, które postanowiło przypieczętować zażyłość z ciocią i pozostawić na jej łokciu ślady swego uzębienia.