poniedziałek, 18 maja 2026

Dania, dom Karen Blixen w Rungsted

 

Kiedy wysiadłam z samolotu na lotnisku CPH w Kopenhadze, nie miałam ochoty jechać do centrum miasta. Tym razem, chciałam od razu ruszyć na północ, nad spokojne wybrzeże Øresundu, do miejsca związanego z jedną z najbardziej fascynujących kobiet literatury XX wieku - Karen Blixen. Okazało się, że podróż z lotniska do Rungsted jest zaskakująco prosta. Wystarczy zejść na stację kolejową pod terminalem, przesiąść się w Kopenhadze na pociąg jadący w stronę Helsingør i po niespełna godzinie znaleźć się w zupełnie innym świecie — uśpionym i zielonym. Rungsted nie przypomina wielkiego kurortu ani turystycznego miasteczka pełnego atrakcji. Jest eleganckie, spokojne i bardzo nordyckie. Szlak do domu Karen Blixen rozpoczyna się kilkaset metrów od dworca kolejowego i wiedzie przez piękny zadrzewiony park. Rozciąga się on aż w stronę wybrzeża i bardziej przypomina naturalny krajobraz niż uporządkowany ogród muzealny. Są tu stare drzewa, ścieżki pełne cienia, śpiew ptaków i miejsca, w których można po prostu usiąść na ławce i patrzeć na świat. Karen Blixen bardzo kochała naturę i właśnie ten park pokazuje to najlepiej.




 

Dom Karen Blixen (Karen Blixen Museum) - nie sprawia wrażenia typowego muzeum. To raczej miejsce zatrzymane w czasie. Pisarka urodziła się tutaj, a po latach spędzonych w Afryce wróciła właśnie do Rungstedlund i mieszkała tu aż do śmierci. To tutaj powstały jej najważniejsze książki, w tym słynne „Pożegnanie z Afryką”. Już od progu czuć, że dom nadal opowiada historię swojej właścicielki — pełną podróży, melancholii i tęsknoty za utraconym światem. Wnętrza są niezwykle klimatyczne. Zachowano oryginalne meble, bibliotekę, fotografie i pamiątki przywiezione z Kenii. Niektóre pomieszczenia wydają się niemal nietknięte od czasu, gdy Karen Blixen siadała przy oknie albo pisała kolejne opowiadania. Największe wrażenie robi jednak atmosfera tego miejsca — spokojna, trochę nostalgiczna i bardzo osobista. To muzeum, którego nie warto zwiedzać w pośpiechu. Lepiej usiąść na chwilę przy oknie, spojrzeć na ogród i wyobrazić sobie, jak wyglądało tutaj życie kilkadziesiąt lat temu.




Pokoje nie są przesadnie wystylizowane ani „muzealne”. Raczej wygląda to tak, jakby gospodyni tylko na chwilę wyszła z pokoju. W salonach stoją ciężkie stare meble, biblioteki wypełnione książkami, fotografie z Afryki i porcelana ustawiona na stołach. W wielu pomieszczeniach znajdują się świeże kwiaty w wazonach,  ustawione na komodach, stolikach i przy oknach. Dzięki nim dom wydaje się żywy i zamieszkany, a nie zamknięty pod muzealnym szkłem. To drobny detal, ale właśnie on sprawia, że łatwo wyobrazić sobie codzienność Karen Blixen. W jadalni uwagę przyciąga długi stół, przy którym podejmowała gości. Wciąż jest nakryty i gotowy do przyjęcia gości. W bibliotece - rzędy książek, stare lampy i miękkie światło wpadające przez okna - tworzą atmosferę miejsca stworzonego do czytania i rozmyślania nad życiem. Jest też gabinet Karen Blixen — biurko, fotografie, drobiazgi i widok za oknem sprawiają, że można niemal zobaczyć Karen siedzącą tutaj przy pracy. Wnętrze jest pełne afrykańskich przedmiotów, szkiców, rzeźb i pamiątek przywiezionych z Kenii. Ogromne wrażenie robi też niewielka sypialnia na poddaszu. Jak dla mnie dom Karen Blixen ma w sobie coś bardzo osobistego i melancholijnego — bardziej przypomina prawdziwy dom niż atrakcję turystyczną.









Najbardziej poruszającym miejscem jest mogiła Karen Blixen ukryta pod wielkim drzewem w parku Rungstedlund. Nie przypomina ona grobów wielkich pisarzy znanych z monumentalnych cmentarzy europejskich stolic. Powiedziałabym nawet, że jest przesadnie skromna. Wokół słychać jedynie wiatr i ptaki. Niemniej jednak, trudno wyobrazić sobie bardziej odpowiednie miejsce pochówku dla kobiety, która przez całe życie szukała wolności, przestrzeni i kontaktu z naturą.



Po wyjściu z muzeum warto jeszcze zejść do niewielkiego portu w Rungsted. Widok łodzi kołyszących się na wodzie, spokojne nabrzeże i światło nad Øresundem doskonale dopełniają wizytę. To nie jest miejsce, które zachwyca rozmachem czy wielkimi atrakcjami. Rungsted urzeka raczej atmosferą. Jest trochę melancholijne, trochę literackie i bardzo północne. Idealne na pierwszy dzień po przylocie do Danii — szczególnie jeśli zamiast miejskiego zgiełku szuka się ciszy, morza i miejsc z duszą.



Wpis dotyczący:
- Kopenhagi znajdziesz - tutaj.
- Zamku Kronborg - tutaj,
Helsingør  - tutaj.