poniedziałek, 11 marca 2013

Matete. Jezioro Niasa. Malawi


Cały słoneczny, na szczęście, poranek upływa na suszeniu zawartości sakw. Lokalnym zwyczajem suszymy bez użycia sznurka, w rezultacie czego, nasz dobytek pokrywa wkrótce całą szerokość przylegającej do plaży niewielkiej łączki. Słońce grzeje mocno, więc można oddać pożyczone wczoraj koce. Camping to miłe miejsce o spartańskich warunkach. Nie ma elektryczności, woda pitna znajduje się w plastikowym baniaku w zadaszonej świetlicy, a kuchnia przyrządza posiłki na otwartym ogniu. Swoistą „atrakcję” stanowią prysznice na wolnym powietrzu, obudowane jedynie słomianymi matami, które wodę czerpią z zawieszonych na gałęziach beczek. Toalety równie oryginalne, bo wodę spuszcza się w nich plastikową miską, która z racji swojej lokalizacji na gałęzi nad ścianką działową, „obsługuje” oba „przybytki”.  

Spędzam leniwy dzień, którego większa część upływa mi na czytaniu. Już dawno nie oddawałam się żadnej lekturze. Nie licząc przewodników i map, ale te traktuję raczej, jako “prasę” codzienną, gdyż nie ma dnia, bym przy śniadaniu nie przeleciała kilku stronic. Trasa jest, co prawda, szczegółowo opracowaną, ale rzeczywistość pokazuje, iż wymaga ona weryfikacji na bieżąco. Kempingowa świetlica dysponuje pokaźną wielojęzyczną biblioteką. Większość pozycji pozostawili tu turyści, o czym świadczą wszelkiego rodzaju notatki i dedykacje. Zagłębiam się w wiktoriańskim romansie. Nie zdążę go przeczytać w całości, ale po tak długim czasie intelektualnego postu, to miła odmiana rzeczywistości. Kuchnia przygotowuje obiad i herbatę. Gotowanie posiłków i wody w Malawi zazwyczaj odbywa się bezpośrednio nad ogniskiem, tak więc wokół unosi się charakterystyczny zapach tlącego się drewna. Słońce świeci przez cały dzień. Nasz dobytek wysycha na pieprz. Biorę prysznic nim zajdzie słońce, bo kucharz zapowiada zimną noc. Kładę się w suchym śpiworze! To się nazywa luksus!


Matete – Nakhata Bay. Malawi. 

Ze snu budzą mnie czyjeś kroki i głosy. Raz się oddalają, to znów przybliżają. Najwyraźniej ktoś chodzi ścieżką łączącą jezioro z kempingiem, jaka wiedzie obok namiotu. Wystawiam głowę. Ledwie się rozwidnia. Moim oczom ukazuje się kucharz ze stróżem, którzy taszczą znad jeziora wiadra z wodą. Po dwa każdy. Poranek jest dosyć zimny. Postanawiam zdrzemnąć się jeszcze chwilę. Pakuję się do śpiwora. Kroki znów się przybliżają. 

– Po co im tyle tej wody?! – mruczę sennie. – Prysznice pewnie napełniają – odpowiadam sama sobie. – Co?! – wykrzykuję. Sen odchodzi, jak ręką odjąć. W jednej sekundzie wyskakuję z namiotu i obserwuję trasę transportu wody. Rzeczywiście, jeden wchodzi na drabinę, a drugi podaje mu wiadra, zawartość których zasila beczki nad prysznicami. Włosy stają mi dęba. To my przez cały podróż, stosując się do zaleceń lekarzy, unikamy kontaktu z wodą stojącą, by w stu dwudziestym dniu wykąpać się w wodzie z jeziora?! Nie mogę się nadziwić naszej głupocie! Czy tak trudno było wpaść na pomysł, skąd mogą tu czerpać tę cholerną wodę?! Przecież nie dotarła tu żadna cywilizacja! Fakt, można było przypuszczać, że beczki na drzewach napełniają się deszczówką, co w porze deszczowej  byłoby rzeczą naturalną, ale szczerze mówiąc myśmy ani przez chwilę, nie zastanawiali się nad zawartością prysznicowych beczek!

W Afryce i paru innych rejonach świata należy bezwzględnie unikać kontaktu z wodami stojącymi, to znaczy stawami czy jeziorami, gdyż można w nich zarazić się bilharcjozą. Krótko mówiąc jest to poważna czasem nawet śmiertelna tropikalna choroba pasożytnicza wywołana larwą przywry, która przenika do krwioobiegu człowieka, atakując wątrobę. Już czuję te larwy, które się we mnie rozmnażają! Chyba popadam w paranoję! Nie mam humoru. Pakuję się w milczeniu.

Zamierzamy dziś nocować w drewnianym domku, jaki malowniczo opisują karty przewodnika. Ruszamy w drogę wraz ze wschodem słońca. Nadal jest chłodno, więc jedziemy szybkim tempem, przez co w mgnieniu oka jesteśmy na miejscu. Bez problemu odnajdujemy domek leżący wśród bujnej zieleni nieopodal jeziora. Rzeczywiście okolica piękna! Domek też, tylko, jak informuje nas łamaną angielszczyzną połączoną z cziczewa pewien tubylec, klucze do niego należy odebrać w… stolicy! Tam też należy uregulować płatności za pobyt. Super! Rozważamy możliwość rozbicia namiotu nieopodal naszej niedoszłej kwatery, ale szybko odwodzimy się od tego pomysłu, bo trzeba się w końcu wykąpać w bieżącej i najlepiej ciepłej wodzie!

Przez kolejne kilometry jedziemy pod górę. Mam dość. Zarzekam się, że już nigdy więcej nie wpadnę na durny pomysł, ruszenia w rowerową podróż dokądkolwiek!  Klnę w myślach na czym świat stoi. Jeszcze chwila, rzucę rower, zaprę się jak osioł i nie zrobię ani kroku dalej. Będę tu siedzieć na poboczu i czekać na luksusowy dżip z turystami w białych skarpetkach. Tak! Następnym razem pojadę na zorganizowane safari, gdzie mnie wszędzie zawiozą, nakarmią, a przede wszystkim zakwaterują w miejscach z wodą w kranie! Będą się nade mną rozczulać, chronić przed komarami i w ogóle! Albo nie! Wykupię wakacje all inclusive, będę leżeć na leżaku i sączyć podstawiane pod nos soki. No właśnie! Tak robią normalni cywilizowani ludzie! A my? Co nam strzeliło do tych głupich łbów?! Kto powiedział, że białe skarpetki są złe?!

Z filozoficznych rozmyślań, których wstydzę się sama przed sobą, wyrywa mnie rozwidlenie dróg na Mzuzu i Nakhata Bay. Oznaką, że zbliżamy się do głównego kurortu turystycznego Malawi, są liczne kramy z pamiątkami. Nie mogę w to uwierzyć, ale w jednym z kramów z rękodziełem, decydujemy się na zakup dwóch rzeźbionych krzeseł! Zgoda, są składane, ale ważą, co niemiara. I co z tego! Są piękne i wiem, że muszę je mieć! To nic, że niedawno kupiliśmy dechę do Bau.

Mamy ze sobą zapas sznurka, którym mocujemy do rowerów nowy nabytek. Sprzedawca czuje niedosyt i sugeruje wymianę wspaniałej makondy na nasze koszulki i kurtki przeciwdeszczowe. Pokusa jest duża, ale po pierwsze, jak będziemy podróżować z dwumetrową rzeźbą, a po drugie pora deszczowa trwa. O koszulkach w ogóle nie ma mowy, bo ich stan liczebny został już solidnie uszczuplony przy okazji zakupu botswańskiej kuchni. Odjeżdżam szybko, bo w zetknięciu z afrykańskim rękodziełem jestem nieprzewidywalna! Po pięciu kilometrach łagodnego zjazdu moim oczom ukazuje się Nakhata Bay. Kwaterujemy się w południowej części miasteczka, na skalistym brzegu jeziora Niasa, wytyczonym przez malowniczą zatokę. Rozbijamy namiot w najwyżej położonej części campingu, skąd rozciąga się wspaniały widok na całą zatoczkę i przeciwległe wzgórza.

Leżę w namiocie i podziwiam krajobraz. Przed oczyma majaczą mi maleńkie łódeczki rybaków. Jestem szczęśliwa. Wstydzę się porannych chwil zwątpienia.



niedziela, 10 marca 2013

Malawi. Sani Village – N’Gala Beach

Przez całą drogę pogoda zmienia się co godzinę. Raz leje, raz wychodzi słońce, więc stosownie do aury ściągamy lub ubieramy kurtki przeciwdeszczowe. Krajobraz podczas jazdy nie odbiega od tego z poprzednich dni, a więc pola kukurydzy i chatki. Od czasu do czasu większe ich skupiska ze sklepem lub małym targowiskiem. Mijamy też kilka budyneczków z szumną nazwą - RESTAURANT, ale serwują w nich głównie herbatę.


No i liczne sklepiki GROCERY, których nazwa nie gwarantuje branży spożywczej. Czasami GROCERY okazuje się, bowiem sklepem chemicznym, czasem można tu dostać jedynie papierosy i Colę, a niekiedy artykuły papiernicze i metalowe. Piętnaście kilometrów przed miejscem docelowym zatrzymujemy się w milutkiej wiosce D’wanga, gdzie w przydrożnym straganie zjadamy dwie porcje fasoli z frytkami prosto z ogniska.


Na miejscu okazuje się, że kemping, na którym chcieliśmy rozbić namiot oferuje piękne widoki z drewnianego tarasu, ciepłą wodę w prysznicach i cenę tak wysoką, że nie stać nas na niego. Ruszamy dalej do Matete. Nazwa ładna, ale do pokonania pozostaje kolejne jeszcze 60 km. Zaczyna się ściemniać. Do życia budzą się cykady.


N’Gala Beach – Matete. 

Kierujemy się na północ. Leje tak mocno, że ulice stoją w wodzie. W strugach deszczu dojeżdżamy do zerwanego mostu. Stoimy na krawędzi asfaltu. Przed nami rozpościera się ogromna wyrwa z rwącą rzeką. Widać podmyte betonowe słupy, które do dziś podtrzymywały most. Nad przepaścią zwisa ciężarówka, w niewiarygodny sposób zaczepiona tylnymi kołami o rów powstały w asfalcie. 

W mgnieniu oka okrążają nas ludzie oferujący pomoc w przeprawie na drugą stronę. Nie wiemy, co robić. Boję się, bo rzeka wygląda na głęboką. Do tego przeraża mnie jej wartki nurt. O ile potrafię jeszcze wyobrazić sobie przetransportowanie własnej osoby, o tyle nie mam pomysłu na rower i sakwy. Przywołuję się do porządku. Nie będziemy przecież tkwić tu w nieskończoność. Każdy z licznie zgromadzonych tubylców ma własną wizję naszej przeprawy. Początkowo prowadzimy nasze „wielbłądy” brzegiem wąskiego wodospadu. Sakwy momentalnie nasiąkają wodą, co zwiększa ich ciężar. Ostatecznie odczepiamy część bagażu. Po dwoje mężczyzn bierze rowery, a inni kładą sobie na głowy zdjęte sakwy i ruszają przed nami. Radzą nam zdjąć spodnie. Nie! Rozumiem grozę naszego położenia, ale nie będę paradować w majtkach przed dwudziestką chłopa. Idziemy gęsiego. Z każdym krokiem robi się głębiej. Podwijam nogawki do granic możliwości, ale na niewiele się to zdaje, bo jeszcze kilka kroków i woda sięga do pasa. Znowu zaczyna lać. Poziom ciągle się podnosi, a na dodatek czuję coraz większą siłę nurtu. Nie umiem pływać. Zaczynam wpadać w panikę. Jakiś starszy mężczyzna idzie nam naprzeciw i wyciąga do mnie rękę. Krzyczy coś o niebezpieczeństwie. W tym samym czasie zahaczam stopą o jakąś przeszkodę. Z wody sterczą żelazne pręty. Zapewne pozostałości po umocnieniu linii brzegowej. Utrudniają przejście. Ktoś za nami pociesza, że już niedaleko. W istocie, robi się płycej. Wydostajemy się na brzeg. Mam rozciętą łydkę, ale rana na szczęście jest powierzchowna. Nie wiem jak dziękować naszym wybawcom. Sami nie dalibyśmy rady. 

Wyglądam jak siedem nieszczęść. Nadal leje, ale ubieranie kurtki przeciwdeszczowej nie ma sensu, bo jest mokra także od wewnątrz. Musimy jak najprędzej znaleźć nocleg. Po godzinie wreszcie się rozpogadza. Uśmiecham się do słońca, które niebawem zacznie zachodzić. Spostrzegam na całej szerokości drogi tłum kolorowo ubranych kobiet. Zawodzą ni to płaczem ni śmiechem. Za nimi widać grupę ubranych w białe koszule mężczyzn. Idą w milczeniu zwartą grupą. Nikt się do nas nie uśmiecha, nie macha, nie zagaduje, co trochę mnie dziwi, bo to raczej niespotykana tu sytuacja. Kiedy podjeżdżamy bliżej rozstępują się, by nas przepuścić. Zauważam zrobione z gałęzi i płótna nosze, a na nich czyjeś zwłoki owinięte w kolorowe tkaniny. Za mężczyznami biegnie garstka kobiet i przeraźliwie krzyczy.  Ludzie wychodzą przed chaty. Zdaję sobie sprawę, iż uczestniczymy w żałobnym korowodzie. Dość wrażeń, jak na jeden dzień.

Opadam z sił, ale zaciskam zęby i pedałuję. Chcę, jak najszybciej przebrać się w coś suchego, o ile zdołam coś takiego znaleźć! Rzeczy w sakwach są zapakowane w worki foliowe, ale po takiej „kąpieli”? Wraz z zachodem słońca docieramy do wioski Matete, gdzie 2,5 km od głównej trasy, rozbijamy namiot tuż przy plaży należącej do Mwaya Beach Camp.

Namiot jest suchy, bo nie był w sakwie, ale śmierdzi stęchlizną. To zapewne efekt ostatnich deszczy, po których nie nadąża wysychać. Śpiwory mokre, reszta rzeczy też. Nawet gdyby nie zerwany most, to i tak nie zdołałyby oprzeć się dzisiejszym ulewom. Zarządcy campingu, którego jesteśmy jedynymi gośćmi pożyczają nam koce. Ledwie żywa zjadam fasolę z puszki. Woda na herbatę gotuje się na ognisku, bo knot w botswańskiej kuchence również zamókł. Mokre drewno tli się i daje mnóstwo dymu. W efekcie herbata smakuje wędzonką, ale działa kojąco na zmęczone, zziębnięte ciało. Owinięta w koc siedzę przed namiotem. Noc jest dość ciepła, ale dzisiejsza przeprawa znacząco mnie wyziębiła. Patrzę na spokojną toń jeziora. Słychać odgłosy nocy, której niezwykłość potęguje wesoły, jak zawsze płomyczek lampy naftowej. Chociaż „ktoś” nie dał się wodzie! Cieszę się, że dzisiejszy dzień dobiega końca.



Malawi. Sani Village. 118 dzień podróży. Styczeń.



Większość część dnia zajmuje mi obserwacja pracy rybaków i ich żon, których życie skupia się nad wodami jeziora. Małe łódeczki wywożą sieci na głęboką wodę, by przez kolejne godziny kilkunastu mężczyzn ustawionych w rzędzie jeden za drugim, przyciągało je mozolnie do brzegu. Całemu zajściu, które na pierwszy rzut oka wygląda jak zawody w przeciąganiu liny, towarzyszą głośne rozmowy, wzajemne upomnienia i nawoływania. W tym samym czasie kobiety i dziewczynki również łowią ryby, tyle że w swoim gronie i za pomocą odrębnych sieci. Grupkami brodzą nieopodal brzegu, przeciągając zwoje sieci z jednego miejsca w drugie. Podziwiam ich wprawę i zręczność. Zazdroszczę im poczucia jedności.

Efekty połowów są różne. Czasami trafia się wielka ryba, ale przeważnie maleńkie rybki. Te ostatnie lądują potem na słońcu, by przejść „proces” suszenia. Czasami zamiast na słońce trafiają na głęboki olej stanowiąc lokalny przysmak. Miejscowy sklepik oferuje szeroką gamę papierosów i mydeł. O artykułach spożywczych można zapomnieć. Znowu zanosi się na kukurydzę i ziemniaki! Wybieramy się na spacer po okolicy. Poznajemy trzeciego, jak nam się przedstawia, wodza wioski imieniem Czambo. Jest młody i wystrojony w białe adidasy i czapkę z daszkiem. Bardziej przywodzi mi na myśl gracza w drużynie koszykarskiej, niż wodza wioseczki w samym sercu Afryki, ale jest bardzo uprzejmy. Zresztą większość spotykanych na trasie ludzi okazuje się niezwykle pomocna i serdeczna.

Czambo zaprasza nas na ganek swojej chaty i udziela podstaw języka Cziczewa. Języki się plączą, ale jest wesoło. Potem przychodzi czas na lekcję gry w Bau. Bau to drewniana deska z wydrążonymi trzydziestoma dwoma otworami. Do gry używamy sześćdziesięciu czterech ziaren fasoli, które przerzucamy z otworu do otworu według określonych zasad. Gra wciąga nas do tego stopnia, że spędzamy nad nią większą część popołudnia. Gramy na zmianę z wodzem, jego liczną rodziną i między sobą. Po kilkunastu partiach wiem, że nie opuszczę Malawi, nim nie kupię takiej dechy na własność. To nic, że jesteśmy ograniczeni, co do wożenia bagażu. Kupię Bau, nawet jakbym miała przewozić je kosztem i tak już szczątkowych rzeczy osobistych! Zresztą nasze rowery od dawna już wyglądają niczym objuczone wielbłądy. Zakupione tu i ówdzie pamiątki z podróży nie mieszczą się w sakwach, dlatego przywiązujemy je na zewnątrz. Najmniej wygodne do przewożenia okazują się trzy samochody terenowe z trzciny, jakim niedawno nie zdołałąm się oprzeć.


Chata Czamba leży wśród gęstwiny palm. Po drodze mijamy małe słomiane obejścia, przy których toczy się codzienne życie ich mieszkańców. O zachodzie słońca wioska jest pełna ludzi. Na nasz widok starsi mężczyźni przerywają swe partyjki Bau, by w bezzębnym uśmiechu pozdrowić nas malawijskim: - Mulibwandżi?, na co odpowiadam wyuczonym: - Tilibłino!

Przed większością chat tlą się ogniska, przy których owinięte kolorowymi tkaninami kobiety przyrządzają wieczorny posiłek. Przy jednym z gospodarstw dwie młode dziewczyny zajęte są ucieraniem kasawy. Tłuczona w wielkim drewnianym moździerzu, przybiera ona postać tradycyjnej malawijskiej mąki. Po jakimś czasie przyłącza się do nas grupka rozkrzyczanych brzdąców. Przez chwilę toczą między sobą spór zakończony powtórzoną czterokrotnie wyliczanką. W ten sposób los wyznacza czwórkę dumnych przedstawicieli, którzy w jednej sekundzie wciskają w nasze dłonie cieplutkie, lepki łapki, by przez resztę drogi nie odstąpić nas ani na krok.

Przy domu Czamba wita nas drobna niska kobieta z tysiącem cienkich warkoczyków upiętych w tyle głowy. Jest to żona gospodarza oraz matka piątki ich dzieci. Po długich powitaniach kudłate urwisy Czamba siłą wyciągają nam dłoni rączki przybyłych z nami dzieci i same zajmują ich miejsca. Podczas oczekiwania na kolację zostajemy przedstawieni kilku starszym mężczyznom, którzy ze względu na swe liczne i dość skomplikowane imiona, są w stanie zapisać się w mojej pamięci, pod ogólną nazwą Starszyzny Wioski. Na kolację podano kaszę z manioku, sałatkę z gotowanych liści dyni i rybę przyrządzoną w pomidorach. Zgodnie z malawijskim zwyczajem jemy rękoma. Przed posiłkiem gospodyni podchodzi do zebranych z wodą w misce, w której należy obmyć palce. Brak sztućców najdotkliwiej odczuwam przy spożywaniu kaszy, którą należy formować w kulki. Radzę sobie fatalnie. Papka rozchodzi się między palcami i spada. Przy takim wieczorze, żadne usterki techniczne nie są jednak w stanie wyprowadzić mnie z równowagi. Chłonę magię miejsca i afrykańskiej nocy.

W momentach takich, jak ten jest wdzięczna Losowi za „tu i teraz”. Zastanawiam się czym zasłużyłam sobie na takie wyjątkowe chwile? Czasami obawiam się nawet, że otrzymuję coś na wyrost, za co kiedyś będę miała odpłacić.


Malawi. Senga Bay – Salima. Styczeń.


Dziś nie spieszymy się z wyruszeniem w trasę i słoneczny leniwy poranek spędzamy na obserwacji życia we wiosce. Mężczyźni  o świcie ruszają na połowy. Kobiety piorą w jeziorze. Inne przynoszą na głowach sterty rondli i naczyń do zmywania. Dzieci pluskają się w wodzie. Ktoś wypasa na plaży krowy. Ciekawe, co one tam jedzą?! Czas płynie wolno. Słychać śmiechy, gwar i wesołe rozmowy. Szybko okazuje się, że starzec wraz ze stadem bydła zjawił się nad brzegiem w celach towarzyskich. Po godzinie pogawędek oddala się na pobliskie łąki. Zazdroszczę tym ludziom sposobu na życie. Bez pośpiechu, gonitwy, od jednego poranka do drugiego. Bez ustawicznej potrzeby gromadzenia niepotrzebnych przedmiotów. Czas ruszyć do Salimy.

Centrum, to kolorowe kramy na zabłoconych ulicach i niekończące się sklepiki Hindusów. Ciekawostkę stanowią lokalne taksówki w postaci rowerów z szerokim siedzeniem zamocowanym w miejscu bagażnika. Zresztą, jak nigdzie dotąd, rower jest tu bardzo popularnym środkiem transportu. W oczy rzuca się też duża ilość sklepów i warsztatów rowerowych o zróżnicowanym standardzie. Części rowerowe, jak i całe jednoślady oferują zarówno słomiane przydrożne kramiki, jak i duże warsztaty z kilkuosobową obsługą. Na drogach królują stare damki. Ich właściciele dużą wagę przywiązują do detali. Każdy malawijski rower obowiązkowo wyposażony jest w dzwonek – najlepiej o dziwacznym brzmieniu, okrągłe lusterko lub dwa, błotniki, chlapacze i szeroki bagażnik. Na tym ostatnim często umieszczone są metalowe tabliczki z odręcznym napisem nazw światowych koncernów samochodowych. Najczęściej spotkać można HONDY i TOYOTY.

W jednym z ulicznych straganów, który pełni rolę baru szybkiej obsługi, pieką się na ogniu kolby kukurydzy, kawałki mięs i ziemniaki. Siadamy pod drzewem, gdzie ustawiono kilka stołeczków dla potencjalnych klientów i opychamy się pachnącymi ziemniakami. Po przeciwnej stronie drogi znajduje się ciąg zbitych z desek i krytych słomą kramów oferujących wyroby metalowe i pasmanteryjne na zmianę z papierniczymi Zaczyna lać. Deszcz zmniejsza płomień ogniska w barze. Cała okolica pachnie wędzonką i afrykańskim powietrzem, które w czasie pory deszczowej nabiera niepowtarzalnej ożywczej woni. Atmosfera zdaje się drgać i kipieć wręcz świeżością, jaka wydobywa się z pól, drzew i kwiatów.   


Malawi. Nad Jeziorem Niasa, Senga Bay



Jezioro Niasa i krajobrazy z nim związane są warte wszelkich trudów podróży. Całe Senga to właściwie tylko kilkanaście chat rozsianych wzdłuż jeziora. Za pozwoleniem wodza i sołtysa w jednym, rozbijamy namiot przy samym brzegu. Bez konieczności opuszczania namiotu można obserwować życie mieszkańców. Marzyłam o tym od kilku dni – leżę, odpoczywam i chłonę Afrykę. No może nie do końca leżę, bo wieść o przybyciu „gości” rozchodzi się z prędkością błyskawicy, co owocuje licznym przybyciem najmłodszych przedstawicieli wioski. Swoją drogą, to nie do wiary, że tak małą osadę może zamieszkiwać aż tyle dzieci! Początkowo są trochę onieśmielone, ale z każdą chwilą podchodzą coraz bliżej namiotu. Po piętnastu minutach nie widzę już nic poza zwartym kręgiem nóżek i rączek, a po dalszych pięciu mam w namiocie dziesiątkę główek. Reszta przepycha się przy wejściu, co świadczy, że za chwilę będzie ich tu więcej. Póki co, dwadzieścia wielkich brązowych oczu przygląda mi się z uwagą. W ruch idą paluszki. Lepkie łapki majstrują mi przy włosach. Jakaś mięciutka dziewuszka z gigantyczną „szopą” na małej główce, włazi mi na kolana i zagląda w dziurki od nosa. Komentuje coś w niezrozumiałym dla mnie języku. Dzieciarnia ryczy ze śmiechu. Zaraz zacznie przeglądać mi zęby! Czuję się nieswojo. Usiłuję wyjść z namiotu, ale jest zbyt szczelnie otoczony. Naraz daje się słyszeć czyjś stanowczy głos, dźwięk, którego wybawia mnie z opresji. Dzieciaki uciekają z piskiem, a na horyzoncie pojawia się wódz z wielką miotłą. Na mój widok pokazuje bezzębny uśmiech i przeprasza za zakłócanie spokoju. Dobrze mówi po angielsku. Ucinamy miłą pogawędkę. Jest zachwycony naszymi rowerami i z przejęciem opowiada o swoim. Pyta skąd jesteśmy?, a kiedy dowiaduje się, że z Polski, mówi z dumą: „- Oooo! To świetnie, bo ja mam dużo znajomych w Kanadzie.” 




Trzeba ruszyć do „centrum” po wodę i ziemniaki. Kupujemy wiadro gorących frytek, gdyż nigdzie nie udało nam się dostać surowych ziemniaków, ani też mniejszej ilości frytek. Za wiadro pobiera się tu kaucję, która jest zwracana po jego oddaniu. Ściemnia się. Mężczyźni wracają z połowów. Na brzegu licznie gromadzą się mieszkańcy i oglądają przywiezione ryby. Przyłączamy się do nich i dokonujemy zakupu dwóch okazów. Sołtys przynosi nam kulki z mąki kukurydzianej i życzy miłego wieczoru. Kolacja na plaży smakuje wyśmienicie i mimo faktu spożywania frytek prosto z aluminiowego wiadra, nie zamieniłabym jej na najbardziej ekskluzywną restaurację. Nie było dziś deszczu, a niebo skrzy się miliardami gwiazd. W Europie nie ma takiego nieboskłonu. Jakiś czas temu kupiliśmy własną lampę naftową, której wesoły ogieniek kopci i potęguje niebywały nastrój afrykańskiej nocy. Czuję się jak dawny odkrywca nieznanych lądów. Dla takiej chwili warto było dostać się tu, choćby na piechotę! Jak zwykle w takich sytuacjach powraca pytanie, czy życie chwilą ma sens? Moi rówieśnicy w kraju z każdym kolejnym dniem czegoś się dorabiają. Ja dorabiam się jedynie niezapomnianych wspomnień i silnych łydek.





Lilongwe - zakurzona stolica Malawi


Lilongwe wizualnie przypomina małe prowincjonalne miasteczko. W centrum są nawet uprawy kukurydzy zmniejszone do formatu przydomowych ogródków. Jakaś narodowa fobia? Może w herbie też mają kukurydzę?!

Wynajmuję pokój w małym motelu. Cena niziutka. Standard jeszcze niższy. Łóżka pokrywa pokaźna warstwa wyschniętych ciał rozmaitych insektów. Panuje półmrok. Szyby „zaszły” czymś ciemnym i szarym. Do tego grube kraty na zewnątrz i odór z toalety. Rząd najwyraźniej dba o profilaktykę AIDS, albo chce zmniejszyć dzietność obywateli, gdyż na toaletce piętrzą się zapasy prezerwatyw. Do tego na drzwiach regulamin z pierwszym punktem podkreślonym na czerwono: Prezerwatywa wliczona w cenę pokoju. Po użyciu należy ją wyrzucić przez okno do poniższej rabaty kwiatowej”. (?!) Nie wierzę! Rabata rzeczywiście znajduje się tuż pod oknem, a i regulamin musi być przestrzegany dość rygorystycznie. Poprzeczne pręty krat są, bowiem gęsto zawieszone lateksem! Nie wiem tylko, czy świadczyć to może, iż goście nie mają cela, czy odstępy między prętami są zbyt wąskie?

Nie jestem wybredna, jeśli chodzi o standard hoteli, ale nasze drugie w Malawi lokum, opuszczamy niezwłocznie po jego zasiedleniu. Nie ubiegam się nawet o zwrot kosztu pokoju, bo przy pierwszej próbie tłumaczenia powodu naszej rezygnacji, wystraszony recepcjonista nie wie, o co mi chodzi? Zapewne wie, ale dobrze udaje. Po za tym oznajmia rozbrajająco, że i tak jest to najlepszy pokój. W takim razie nie chcę myśleć, jak wyglądają pozostałe.

Po godzinie poszukiwań, na obrzeżach Lilongwe udaje nam się przeprowadzić do tajwańskiego hoteliku z ciepłą wodą w kranie! Na dodatek nad łóżkami wiszą moskitiery, a w kukurydzianym ogródku jest stolik i krzesła. Pełen luksus w równie niskiej cenie. Ze zdziwieniem przyjmuję wiadomość, że miastem siostrzanym Lilongwe jest Tai Pei.

Zostawiwszy sakwy, jedziemy do centrum, by wymienić czeki podróżne. Kasjer w banku kwestionuje oryginalność mojego podpisu, gdyż w paszporcie imię i nazwisko napisałam w linii ciągłej, a na czeku, ze względu na wąską rubrykę – jedno pod drugim. Zostaję oddelegowana do naczelnika placówki, którym jest brodaty Hindus w wysokim turbanie. Kolor turbanu współgra z atłasowym krawatem. Na obu świecą się złote zapinki z bordowym kamieniem. Całości dopełnia złoty ząb w miejscu dolnej trójki. Naczelnik gustuje w złocie, gdyż w jego pulchne palce wrzyna się kilka pokaźnych sygnetów w tymże kolorze. W każdym błyszczy jakieś oczko. W obecności naczelnika podpisuję się sześć razy. Ostatnia próba przemawia jednak na korzyść prawdziwości podpisu, gdyż po jej dokonaniu, kasjer otrzymuje polecenie wypłaty gotówki. Lilongwe jest zakurzone i stosunkowo młode, gdyż stolicą zostało dopiero w 1975 roku, a jako ośrodek handlu i administracji dla kolonii brytyjskiej ustanowiono je w 1947 r. Wcześniej było małą rybacką wioską nad rzeką Lilongwe.


Udajemy się do urzędu emigracyjnego, który mieści się w zniszczonym, parterowym budynku z oknami bez szyb. W wąskim korytarzu tłoczy się mnóstwo ludzi, którzy usiłują sformować coś na kształt kolejki. Wchodzimy do pierwszego napotkanego pokoju i pokazujemy nasze żółte papiery. Stąd kierują nas gdzie indziej, potem dalej i dalej, aż wreszcie po „obkolędowaniu” kilku pokoi, trafiamy do niskiego łysiejącego urzędnika w mundurze. Zaproszeni skinieniem, siadamy naprzeciwko niego przy wysokim biurku. Jegomość wyciąga z kieszeni wielką chustkę, którą przeciera okrągłą twarz. Po wymianie grzecznościowych sloganów, rozpoczyna przesłuchanie, mające na celu wyjaśnienie przyczyny, dla jakiej znajdujemy się na terenie Malawi bez koniecznych wiz. Przez cały czas świdruje nas maleńkimi oczyma i co jakiś czas głęboko wzdycha. Moje tłumaczenie okazuje się wiarygodne, bo po kilkunastu minutach wręcza nam do wypełnienia obszerne formularze i odsyła do kasy. Tu, kasują nas sześć tysięcy malawijskich kwaczy, po czym wracamy do jegomościa. Odczekujemy trzy rozmowy telefoniczne, po czym otrzymujemy w paszportach upragnione stemple, upoważniające nas do przebywania na terenie Malawi całe trzydzieści dni.

Na kolację w kukurydzianym ogródku przed hotelem, spożywamy, ma się rozumieć, ugotowaną kukurydzę, którą uprzednio kupujemy na targu. Nie cierpię kukurydzy! Na deser ananasy i herbata miętowa.